Teraz jest poniedziałek, 12 stycznia 2026, 05:00

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: piątek, 11 grudnia 2009, 23:49 
Offline
Podpułkownik
Podpułkownik

Dołączył(a): niedziela, 3 grudnia 2006, 23:33
Posty: 487
Lokalizacja: śląsk
OSTATNI ZJAZD

Pamięci górników poszkodowanych w katastrofie dnia 12. września 1961 roku, która wydarzyła się na dawnym szybie Zabrze II kopalni Zabrze Zachód.


I NIEUWAGA

Maszynista z nocnej zmiany obsługujący parową maszynę wyciągową szybu Zabrze II nie mógł tej dniówki zaliczyć do lekkich i przyjemnych. Od rozpoczęcia pracy nieprzerwanie wywoził wozy z urobkiem i do tego równocześnie z dwóch poziomów. Raz podjeżdżał klatką na starszy poziom kopalni 250 metrów pod powierzchnią ziemi i zaraz potem druga klatka lądowała na poziomie 500 czyli najgłębszym poziomie kopalni Zabrze Zachód.
Kopalnia była stara liczyła sobie już ponad 150 lat. Zasoby węgla były już niemal całkowicie wyeksploatowane. Całe pole zachodnie, gdyby jakimś sposobem je przekroić od powierzchni ziemi do najgłębszych wyrobisk, przypominałoby gigantyczny ser szwajcarski. We wszystkich kierunkach i na najróżniejszych poziomach pełno było tu starych zapomnianych, na wpół zawalonych wyrobisk, chodników i pochylni. Węgla na tak dużą skalę jak przed kilkudziesięciu laty już tu nie wydobywano, tylko w kilku miejscach rożnych pokładów górnicy wybierali resztki pozostawione przed laty z powodu szalejących pożarów, czy zwyczajnie zarzucone, gdyż gdzie indziej przygotowano wydajniejszy i wygodniejszy front wydobycia i bardziej opłacało się tam skierować załogę niż wydobywać w trudnych warunkach końcówki filarów. Gdy w ciągu kilku zmian węgla wybrano już kilkadziesiąt wagoników wtedy w rejon wydobycia przyjeżdżała stara dychawiczna lokomotywka akumulatorowa i przeciągała cały skład pod szyb. Potem, najczęściej na popołudniowej albo nocnej zmianie wywożono wozy z urobkiem na powierzchnię ładując po dwa na każde z trzech pięter szoli. Dzisiaj akurat tak wypadło że równocześnie na dwóch poziomach kopalni przygotowano zestawy wagoników do wywiezienia. Pomimo chłodnej pory roku w maszynowni panował skwar. Kotłownia pracowała pełną mocą dostarczając stalowym rurociągiem nieprzerwanie gorącą parę do maszyny. Stara potężna dwucylindrowa maszyna wyciągowa pożerała każdą dostarczoną jej ilość nagrzanej do 300 stopni pary zamieniając jej energię cieplną w moc 2000 koni mechanicznych, która z potężnych tłoków o średnicy niemal jednego metra, przez kilkutonowe korbowody przenoszona była na ogromne, sześciometrowej średnicy, żeliwne koło zamachowe, a z niego na stalową linę o grubości przedramienia dorosłego mężczyzny. Na obu końcach liny zawieszone były trzypoziomowe klatki, z których każda zabierała na jeden raz sześć wozów wypełnionych węglem lub czterdziestu ośmiu górników. Dochodziła właśnie godzina dwudziesta. Koło zamachowe wirowało z największą dopuszczalną prędkością, klatki w każdej sekundzie pokonywały czternaście metrów szybu, jedna pędziła w dół, a przeciwległa mknęła w górę. Zmęczony maszynista zdjął na chwilę dłoń ze sterów maszyny, wyjął z kieszeni bawełnianą chustkę i przetarł kolejny już raz spocone czoło. Trwało to o ułamek sekundy za długo, a może maszynista zmożony upałem na ułamek sekundy się zamyślił. Oto bowiem strzałka szybowskazu pokazująca jeszcze chwilę temu, że oto pędząca w gorę klatka zbliża się do najstarszego poziomu kopalni, do poziomu 40 metrów, w chwili gdy maszynista spojrzał ponownie na szybowskaz wskazywała poziom zero. Oznaczało to że jedna z klatek wyjechała właśnie z szybu i intensywnie hamując powinna się zatrzymywać. Tymczasem maszynista ze zgrozą zauważył że choć strzałka pokazała poziom zero, to maszyna gna w pełnym pędzie.
W mgnieniu oka, podświadomie szarpnął dźwignię hamulca awaryjnego. W tym samym momencie, piętro niżej w piwnicach maszynowni, potężny żeliwny odważnik został odblokowany i spadając uruchomił swym ciężarem system dźwigni oraz cięgiem powodując błyskawiczne dociśnięcie drewnianych klocków hamulcowych do wirującego koła napędowego. Pisk dym swąd spalonego drewna ustąpiły w ciągu niecałych dwóch sekund absolutnej ciszy. Koło napędowe maszyny wyciągowej, od momentu zadziałania hamulca zdążyło wykonać zaledwie niecały obrót i się zatrzymało. W szoli na ułamek sekundy zapanował stan nieważkości, wozy z węglem powyskakiwały z szyn, ale w tej chwili było to najmniejszym problemem. Maszynista przerażony spojrzał na szybowskaz. Dolna klatka siedziała kilkanaście metrów poniżej najgłębszego poziomu kopalni w rząpiu szybu. Klatka górna natomiast zawisła zdecydowanie za wysoko - pod samymi kołami na szczycie wieży szybowej. W pierwszej chwili wydawało się jednak że nic złego się nie stało. Szybowskaz wskazywał bowiem że klatka nie uderzyła w koła na szczycie wieży, do kół zostało może ze trzy metry. W tym momencie rozdzwonił się telefon w maszynowni:
- Pieronie coś ty społ ! grzmiał głos w słuchawce, to roztrzęsiony sygnalista z nadszybia darł się do słuchawki.
- Pódź se sam zobacz co ześ nawyrobioł, cało szola żeś zawiesioł, jeszczy trocha, a te wszystkie klamoty przefurgły by bez koła na wieży i by ci na gowa slecioły. Dzwonia po sztajgra! zakończył głos w słuchawce i nastąpiła cisza.
Maszynista oczyma wyobraźni już widział sztygara oddziału szybowego, który nie przebierając w słowach zapewne wywrzeszczy mu prosto w twarz, jaki to z niego gupielok i chachar pieroński, no i jak długo będzie teraz bez premii chodził.
Rad nie rad wstał ze swojego zydla i poszedł na nadszybie. Na miejscu zobaczył ze zdziwieniem że nikogo nie ma. Lewa klatka wisiała na naprężonej linie z dziesięć metrów wyżej niż normalnie tak że widać było podwieszoną pod nią płaską linę wyrównawczą. Po chwili przyszedł sygnalista, ten sam który tak się wydzierał przez telefon. Teraz był juz znacznie spokojniejszy.
- Chopie jo żech myślół że ty tej szoli w ogóle nie zatrzimiesz. jak to gnało! jużech myśloł że przyfanzolisz w te kołka na wieży i bydzie koniec naszego szybu.
- Ni wiem jak to się stoło jechał żech cołkiem normalnie, aż tu widza że klatka na zrębie, a jo mom pełny schwung. Zdażył żech ino notbremse nadusić i już było po zawodach.
- Ale żech się zlynkął, godej co tera robiemy ?
- Jo jużech zadzwonioł na poziom 500 tyż pomyśleli że to szola do piekła lyci. Tera jedyn sygnalista wloz do przedziału drabinowego coby zoboczyc czy nic się nie stoło.
Maszynista zaczął racjonalnie myśleć, skoro sztygar tu jeszcze nie przybiegł, to znaczy że nikt go nie zawiadomił, więc może jest szansa jakoś te sprawę zatuszować ?
- Słuchejcie no stawiom tobie i tymu na dole po flaszce wódki jak nie zawiadomicie sztajgra i jak mi pomożecie.
- Dobre jo się zgodzom, a tyn na dole pewnie tyż, godej co momy robić.
- Ty som stój i jakby kto przyszoł to postarej się coby nic nie zauważył
- Cos ty zgłupioł - jak mom to zrobić ?
- Normlnie zagodej go, a kiejby coś pokapował to mu tyż flaszka obiecej.
Maszynista pognał w te pędy do maszyny, zahamował hamulec manewrowy i następnie podał ciśnienie pary na hamulec awaryjny co spowodowało uniesienie odważnika hamulcowego i odsunięcie klocka od koła pędnego. Dobra nasza pomyślał, teraz tylko delikatnie wycofać klatkę. przesunął dźwignię kierunku obrotów i delikatnie podał ciśnienie pary na cylindry maszyny. W tym momencie koło napędowe powoli zaczęło się obracać, ale po ułamku sekundy lina nośna znajdująca się w rowku koła zluzowała się i pozbawiona tym samym siły dociskającej ja do koła „złapała” poślizg. Cholera szola wisi na prowadnikach z troską skonstatował maszynista. Wieża szybowa jest tak zbudowana że powyżej poziomu do którego dojeżdżają klatki, drewniane prowadniki zapewniające klatce spokojna jazdę, zwężają swój rozstaw, właśnie po to by zabezpieczyć wieżę szybową i koła na jej szczycie przed sytuacjami takimi jak dzisiaj.
Spróbuję jeszcze kilka razy delikatnie zaciągnąć dolną klatkę, może ta górna się zluzuje pomyślał maszynista.
Przy któreś z rzędu próbie, w chwili gdy lina znów się zluzowała, poczuł że tym razem koło się nie ślizga, wychylając się ze swojego fotela zobaczył że oto odcinek liny prowadzący do klatki zawieszonej na wieży jest całkiem luźny. Poślizgu jednak nie było. Co z tego skoro klatka nadal wisi, pomyślał zatroskany. W tym momencie poczuł potężne szarpnięcie, lina lewej klatki nagle się naprężyła i po paru wahnięciach wszystko znieruchomiało
Zadzwonił telefon
- Ty pierunie udało ci się, latka opadła, weź ino ją wyrównej bo stoi pół metra za wysoko i nie idzie do nij wlyźć
- Jak to stoi za wysoko, u mnie pokazuje że stoi akuratnie ?
- Jak nie wierzysz to pódź sam zobocz, pewie się coś przestawiło, do szychty dociągnymy a potym się zoboczy, no uwijaj się, muszymy jeszcze wozy w szoli narychtować, bo chyba wszystkie z glajzów powyskakiwali
- Dobre już steruja do poziomu.
Nikt z nich nie przypuszczał ze oto w tej chwili przez swoją nonszalancję wydali wyrok na 14 bogu ducha winnych górników

II KATSTROFA

Tego ranka jak co dzień do ponad półtora roku o godzinie wpół do siódmej spora grupa górników szykowała się do zjazdu starym szybem Zabrze II. Część z nich pracowała w rozrzuconych tu i tam zabierkach, niektórzy szli obsługiwać taśmy i pompy, a największa grupa wybierała się na ściany wydobywcze zlokalizowane w sąsiadującej z polem zachodnim nowszej części Kopalni Zabrze, którą nazywano Polem Wschód. Do każdego z przedziałów 3 piętrowej szoli mieściło się 16 górników. Większość z nich już zjechała, więc ostatnia klatka była zapełniona zaledwie w połowie. Górnicy wsiadali tak by było im wygodnie, nie za ciasno. Do najniższego piętra wsiadło 8 górników, do środkowego siedmiu i do najwyższego kolejnych siedmiu lub ośmiu. Po załadowaniu ostatniego piętra Sygnalista odbił elektrycznym dzwonkiem sygnał i klatka ruszyła z impetem w głąb szybu. Normalnie pędziłaby w szaleńczym tempie niemal minutę po czym równie nagle wyhamowywałaby na właściwym poziomie kopalni.. Tym razem było jednak inaczej. Już przy wsiadaniu górnicy zżymali się na ich zdaniem leniwego maszynistę, który dzisiaj wyjątkowo nie precyzyjnie prowadził swoją maszynę i za każdym razem sygnalista z nadszybia musiał dzwonić do maszynisty i instruować go by ten opuścił klatkę jeszcze 40 centymetrów bo ludzie wsiąść nie mogą. Oto bowiem klatki nie ustawiały się jak co dzień równiutko na poziomie podłogi nadszybia tylko każde z ich pięter stało o prawie pół metra wyżej. Dziwili się wszyscy co to za cuda. Maszynista kilkakrotnie sprawdzał położenie strzałek przy kole napędowym, podejrzewając że ktoś zrobił mu głupi kawał. Normalnie nieruchome strzałki pokrywały się z różnokolorowymi paskami namalowanymi na linie przewiniętej przez koło, co dla maszynisty było znakiem że klatka jest dokładnie na właściwym poziomie. Dzisiaj jednak nic się nie zgadzało. Nocnej zmianie udało się dochować tajemnicy. Nikt na szybie nie wiedział o nocnych wydarzeniach, o tym jak nieuważny maszynista przegapił właściwy poziom i zawiesił szolę aż pod kołem na wieży szybowej. Nikt z nocnej zmiany nie powiedział jak potem przez niemal dwie godziny szarpali się z klatką,na przemian luzując i napinając liny po to by ją wreszcie uwolnić z klinowo zwężających się prowadników pod głowicą wieży szybowej. Wydawało się że jedynym śladem tych nocnych wyczynów były nie wytłumaczalne zmiany we wzajemnym położeniu klatek liny i znaków na kole pędnym. Tymczasem ponad lewą klatką, tą samą która tak nieszczęśliwie zawisła w nocy niemal na szczycie wieży, a teraz tkwiła na najniższym poziomie kopalni, niemal bezgłośnie dopełniała się tragedia. Oto bowiem w miejscu gdzie lina nośna łączy się z dachem, a właściwie z ramą klatki, dwa zawiasowe ogniwa łącznikowe, wzajemnie poskładane i zaklinowane w czasie nocnego luzowania liny i szarpania klatką stopniowo odkształcały się i powoli pękały. Elementy te były skonstruowane w taki sposób by znosić bardzo duże obciążenia działające wzdłuż ogniw. Ciężar wiszącej klatki usiłował wtedy ogniwa rozciągnąć. Tymczasem ubiegłej nocy zapewne przy którymś z kolejnych szarpnięć gdy lina była zluzowana, na skutek naturalnej siły skręcającej, działającej w linie splatanej ze stalowych drutów, ogniwa te zostały skręcone i wzajemnie zaklinowane tak że pomimo potwornego szarpnięcia liny nośnej w chwili uwolnienia klatki elementy te pozostały wzajemnie zaklinowane w pozycji niemal poziomej, czego jedynym widocznym objawem była zmiana wzajemnego położenia klatek i powiązane z tym trudności z ich prawidłowym ustawieniem .
Gdy do prawej szoli weszli górnicy, sygnalista odbił sygnał do jazdy w dół, a maszynista zwolnił hamulec maszyny wyciągowej i wpuścił parę na jej tłoki, prawa klatka z ludźmi poleciała w dół a lewa pusta uniosła się z poziomu 500. To wystarczyło by zmęczony, popękany już, metal ogniw łącznikowych nad lewą klatką ostatecznie się poddał. Klatka jeszcze ułamek sekundy pędziła w górę siłą bezwładności po czym, zanim zdołały ją wyhamować potężne stalowe łapacze, zwaliła się bezwładnie z wysokości kilkudziesięciu metrów prosto do rząpia szybu stając się tam w ułamku sekundy kupą pogiętego żelastwa. Wyswobodzone zawiesie dodatkowo napędzone siłą sprężystości liny poszybowało w gorę szybu demolując po drodze wszystkie napotkane elementy jego uzbrojenia. Prawa klatka zaczęła się coraz bardziej rozpędzać. Co ten maszyniok z nami wyprawia, pomyśleli zapewne górnicy w klatce zanim, gdzieś 150 – 200 metrów pod ziemią usłyszeli potężny narastający łoskot pędzącego w gorę drugiego końca liny z urwanym zawiesiem demolującego szyb. Wtedy większość z nich uświadomiła sobie że to koniec. Spadająca klatka, jak każda w tamtych czasach posiadała ponad dachem tak zwane łapacze, czyli potężne stalowe pazury, których zadaniem było zaciśnięcie się na drewnianych prowadnikach w momencie zerwania liny i wyhamowanie w ten sposób spadającej klatki. Zapewne górnicy o tym doskonale wiedzieli i mieli cień nadziei na ratunek. Nie wiedzieli jednak że łapacze nad ich klatką nie miały prawa zadziałać z pełną skutecznością ponieważ lina nad ich klatką nie została zerwana. Zerwaniu uległo zawiesie klatki na drugim końcu kilometrowej liny nośnej. Z systemami wyłapywania klatek górniczych w przypadku zerwania się liny było tak jak dzisiaj z poduszkami powietrznymi w samochodach. Każdy o tym słyszał, ale bardzo niewielu widziało te urządzenia w akcji. Kilka ton stalowej liny nośnej przebiegającej przez wirujące w niesamowitym pędzie kola na wieży dawały wystarczający jej naciąg by ograniczyć działanie łapaczy. Na domiar złego gdy spadająca klatka przekroczyła maksymalną dopuszczalną prędkość automatycznie w maszynowni włączył się hamulec awaryjny. Nagłe zahamowanie maszyny wyciągowej dodatkowo zwiększyło naciąg liny ponad spadającą klatką co praktycznie zupełnie wyłączyło system łapaczy. Klatka leciała bezwładnie w dół wyhamowywana tylko nieznacznie oporem rozbieganej maszyny parowej i zawiesia lecącego w górę, wyrywającego w swoim pędzie wszystko co napotkało na swej drodze w szybie. W maszynowni człowiek siedzący za sterami maszyny wyciągowej w pierwszej chwili widząc że maszyna, pozbawiona ciężaru jednej z klatek, gwałtownie przyśpiesza, nie podejrzewając przyczyny takiego stanu rzeczy, zmniejszył ciśnienie pary myśląc zapewne w pierwszej chwili że to ciśnienie w rurociągu nadmiernie wzrosło. Zaniepokoiło go dopiero spojrzenie na wskazówkę manometru, który jak zwykle wskazywał ciśnienie 8 atmosfer. Gdy po niecałej sekundzie klatka przekroczyła prędkość maksymalną w maszynowni automatycznie włączył się hamulec awaryjny. Ten sam którego w nocy gapowaty maszynista użył by zatrzymać rozbieganą maszynę. Tym razem jednak skutek był prawie żaden, oto bowiem lina pozbawiona części naprężenia, w momencie zablokowania koła przez hamulec, zaczęła się po nim ślizgać. Dym pisk i furkot pędzącej liny spowodowały że maszynista, widząc iż nie ma tu już nic do roboty, a zarazem podświadomie wyczuwając grozę sytuacji, wybiegł w panice z budynku maszynowni. W niecałe dwie sekundy po nim, burząc potężny kawał ściany, przez maszynownię przeleciał zerwany, zluzowany koniec liny wraz z niemal półtonowym zawiesiem. Szaleńczy lot klatki w dół szybu, nieznacznie tylko spowalniany oporem liny i pędzącego w górę zawiesia, mógł trwać około piętnastu - trzydziestu sekund, aż do potężnego uderzenia wypełnionej ludźmi klatki, o dno szybu. Uderzenie to momentalnie zabiło kilkunastu górników znajdujących się na dwóch dolnych piętrach klatki, Przeżyło tylko kilku ciężko rannych na górnym najwyższym poziomie. Gdy rozbita klatka znieruchomiała w rząpiu, jeszcze prez kilkanaście sekund słychać było łomot spadającej na dach klatki stalowej liny i wiszącego wciąż na jej końcu zawiesia lewej klatki leżącej tuż obok w rząpiu.

III AKCJA RATUNKOWA

Zawyły w całym Zabrzu syreny alarmowe, rozdzwoniły się telefony. Telefonistki na poczcie głównej, w pośpiechu wyrywały wtyczki z łącznicy, zwalniając tym samym łącza dla dyrekcji kopalni i stacji ratownictwa. Kilkanaście lat temu zlikwidowano bardzo pożyteczne urządzenie którym była oddzielna kopalniana sieć telefoniczna zakończona dzwonkami w domu u wszystkich ratowników górniczych. Teraz kopalnia zwoływała swoich najlepszych ludzi dźwiękami syren i terkotem telefonów.
Dyrektor naczelny kopalni, nie tracąc ani chwili, wezwał do siebie kierownika działu mierniczego wraz z kompletem map pola zachodniego. Z poziomu 500 właśnie zameldowali, że słyszą krzyki i jęki dochodzące z rząpia szybu i że kilku górników próbuje zejść przedziałem drabinowym do zmiażdżonej klatki, ale chyba im się to nie uda bo przedział drabinowy praktycznie przestał istnieć zdemolowany spadającą klatką i liną i urwanym zawiesiem. Ratownicy czekali już w zakładowej stacji ratowniczej na rozkaz wejścia do akcji. Sytuacja była jednak bardzo skomplikowana. Szyb Carnall był przecież najgłębszym szybem pola zachodniego i teraz gdy na skutek katastrofy był on wyłączony z ruchu poziom 500 stał się bardzo trudno dostępny. Sąsiedni szyb Zabrze I miał głębokość zaledwie 250 metrów i w jego okolicy nie było czynnych pochylni umożliwiających przejście na poziom 500 metrów. Istniały tam tylko dwa dojścia: przejście chodnikiem wznoszącym się z poziomu 620 metrów pola wschodniego kopalni, albo zejście ciągiem pochylni i chodników prowadzących z powierzchni ziemi z placu drzewnego przy ulicy Sienkiewicza aż do najgłębszych wyrobisk kopalni. Była to droga którą od niemal 100 lat zwożono do kopalni drzewo potrzebne do zabudowy chodników. Specyfika Kopalni Zabrze, jej grube pokłady węgla wybierane w większości metodą zabierkową, wymagały bardzo wysokich drewnianych stępli o długości dochodzącej do 8 metrów. Tak długich bali drewnianych nie dało się opuszczać do kopalni żadnym z ciasnych szybów, dlatego od wielu lat utrzymywano cały ten pochyły szlak. W biurze dyrektora podjęto decyzję - na poziom 500 ratownicy zejdą pochylniami od ulicy Sienkiewicza, a szybami pola wschodniego przejdą spawacze i ślusarze z palnikami i narzędziami do odgruzowywania zawalonego żelastwem szybu. Ze stacji ratowniczej ratownicy pobiegli ulicą Wolności i na przełaj koło starej brykietowni i przez plac drzewny do wejścia do pochylni przy szybie Wyzwolenie. Czekały tam już na nich wozy kopalniane do których uczniowie szkoły górniczej, w całkowitej powadze i milczeniu ładowali nosze, butle spawalnicze, apteczki, butle z tlenem medycznym. W krótkim czasie na plac drzewny podjechało kilka garbatych warszaw i nysek - karetek pogotowia ratunkowego. Lekarze w białych kitlach szykowali się do długiego marszu wraz z ratownikami. Tymczasem z dołu dochodziły przerażające informacje - do zmiażdżonej klatki z poziomu 500 dojść się nie dało. Przedział drabinowy został kompletnie zdemolowany i zablokowany spadającą liną i zawiesiem Niemal kilometr grubej jak przedramie liny stalowej wymieszanej z wszystkim co spadając wyrwała stworzyło 20 metrową plątaninę złomu i drewna przykrywającego zerwaną klatkę. Ratownicy i lekarze pędzili w dół pokonując w rekordowym czasie kilometr chodników i pochylni. Z przeciwka z pola wschodniego, pod górę na spotkanie im szli pracownicy mający pomóc w torowaniu drogi do uwięzionych. Nieśli na ramionach węże spawalnicze wyciągarki łańcuchowe i inne narzędzia, które mogły okazać się przydatne w ratowaniu kolegów. Obie grupy spotkały się tuż przy podszybiu. Wszyscy w milczeniu zabrali się do pracy. Spawacze nie zważając na ryzyko wchodzili do szybu i stojąc na splątanej stalowej linie, cięli ją palnikami na kilkumetrowe kawałki. Ratownicy i inni pracownicy kopalni którzy przybiegli pod szyb słysząc o katastrofie, pomagali ratownikom wywlekać z szybu pocięte kawałki liny, resztki połamanych prowadników i pogięte stalowe dźwigary na podszybie. Zanim udało się dotrzeć do tego co jeszcze niedawno było dachem górniczej szoli, minęło kilka godzin. Katastrofę przeżyło zaledwie kilku górników na środkowym i najwyższym piętrze klatki. Po wstępnym opatrzeniu straszliwych ran przez lekarzy Ratownicy ładowali ich na nosze i w grupach po ośmiu ludzi, biegiem pędzili pochylniami w górę do placu drzewnego gdzie czekały karetki. Co kilkadziesiąt metrów na pochylniach i chodnikach czekały już grupy górników, którzy niczym w biegu sztafetowym przejmowali o wykończonych poprzedników nosze i biegli dalej w górę. pospiech był konieczny tylko przy pierwszych ośmiu noszach. Kolejne nakryte płachtami wynoszono już dużo spokojniej. Większość przybyłych karetek pogotowia odjechała pustych. W katastrofie zginęło czternastu górników w tym wszyscy z najniższego piętra klatki. Ośmiu górników ocalało, jednak większość z nich pozostała kalekami do końca życia. Jako oficjalną przyczynę katastrofy podano wadę konstrukcyjną zawiesia klatki.

Zabrze 12.09.2009r.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł:
PostNapisane: niedziela, 13 grudnia 2009, 17:24 
Offline
Sierżant Sztabowy
Sierżant Sztabowy

Dołączył(a): poniedziałek, 14 kwietnia 2008, 07:29
Posty: 87
Lokalizacja: Bytom
O kurczę, ciarki...


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł:
PostNapisane: niedziela, 13 grudnia 2009, 21:00 
Offline
Chorąży Sztabowy
Chorąży Sztabowy

Dołączył(a): czwartek, 22 marca 2007, 17:11
Posty: 186
Lokalizacja: Katowice
Hm...
Lektura pierwszej części uświadomiła mi, że chyba pracowałem w górnictwie wystarczająco długo, żeby mnie to nie dziwiło i przypomniała, dlaczego już nie pracuję.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: sobota, 27 sierpnia 2011, 22:21 
Offline
Szeregowy
Szeregowy

Dołączył(a): poniedziałek, 22 sierpnia 2011, 21:11
Posty: 5
Jest w mej Mieścinie Pomnik Górnika.
Zawsze, przechodząc obok, w myślach Ku Stwórcy : " O Pokój Tym, co na Posterunku".

Tak się składa, że wszystkie sąsiednie Kopalnie już pozamykane.
Tu, na tej ziemi, tyle że pod Ziemią; to górnicy setkami ginęli.

Pot, krew i łzy górnicze.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: sobota, 27 sierpnia 2011, 22:48 
Offline
Weteran
Weteran

Dołączył(a): poniedziałek, 15 lipca 2002, 00:00
Posty: 622
Lokalizacja: TANNENBERG (prawie;)
Taka praca


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: sobota, 27 sierpnia 2011, 23:11 
Offline
Podpułkownik
Podpułkownik

Dołączył(a): niedziela, 3 grudnia 2006, 23:33
Posty: 487
Lokalizacja: śląsk
17 września muzeum górnictwa organizuje imprezę ku uczczeniu 50 rocznicy tej katastrofy przy szybie Carnall wolności 410 w Zabrzu. powinno to być ciekawe, bo Zbigniew Stryj i inni aktorzy z teatru nowego robią tam jakąś inscenizację, ma być odsłonięcie tablicy pamiątkowej, Wykład p Woźniaka który dokładnie przeanalizował wszystkie dokumenty z tej katastrofy itp. itd. Szczegóły zapewne są lub się pojawią na stronie muzeum, wstęp pewnie będzie jak zwykle wolny


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: poniedziałek, 7 listopada 2011, 23:07 
Offline
Plutonowy
Plutonowy

Dołączył(a): piątek, 13 maja 2011, 14:55
Posty: 45
Bardzo ciekawa historia.
Zastanawiam się na ile prawdziwa, sam czytałem już kilka wersji wydażeń z tego dnia
np taką:

http://www.nettg.pl/Aktualnosci/NetTG/K ... ,1?print=1

ciekawe jaka była prawda.
tomekB kto napisał tę relację?


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: wtorek, 8 listopada 2011, 18:59 
Offline
Podpułkownik
Podpułkownik

Dołączył(a): niedziela, 3 grudnia 2006, 23:33
Posty: 487
Lokalizacja: śląsk
To raczej prawdziwa wersja wydarzen


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
 Tytuł: Re: katastrofa w szybie Carnall
PostNapisane: wtorek, 8 listopada 2011, 19:14 
Offline
Podpułkownik
Podpułkownik

Dołączył(a): niedziela, 3 grudnia 2006, 23:33
Posty: 487
Lokalizacja: śląsk
Realację napisał pan Woźniak z MGW tam tez można kupić kwartalnik Górnik Polski gdzie jest bardzo obszerny artykuł o tym zdarzeniu. Woźniak dotarł do archiwum WUG gdzie do dzisiaj sa przechowywane oryginalne materiały z tej katastrofy, no i wszystko skopiował ( też mam egzemplarz ) Po tej katastrofie pojawiły się we wszystkich polskich kopalniach takie dziwaczne barierki na baldachach klatek, ktore miały zapobiegać położeniu się zawiesia w przypadku zluzowania liny. Żyją też jeszcze ludzie którzy byli świadkami, np emerytowany maszynista z tego szybu pan Krall opowiadł że po tej katastrofie koła na wieży były tak rozpędzone że upłyneło kilka minut zanim się zatrzymały. inny emerytowany górnik pan S Szczęsny opowiadał że gdy był w szkole górniczej na Sienkiewicza to widział jak szybem Wyzwolenie wywożono rannych i zabitych. Jeszcze ktoś inny ( obecnie pracownik GIGu ) był studentem profesora który był przewodniczącym komisji badającej ten wypadek i też co nieco ciekawego dorzucił. Na samym nadszybiu też są ślady tego wydarzenia, naprawiany mur w maszynowni i pokrzywione elementy konstrukcji wieży, w które uderzyło rozpędzone zawiesie.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL