Mieszkam niecałe 10 km od tego miejsca, dlatego czuję się w obowiązku wspomnieć o tym wydarzeniu i zamieścić treść artykułu z dzisiejszego dodatku do Wyborczej.
W tym samym numerze można przeczytać, jak to gieroje spod czerwonej gwiazdy zdobywali Gliwice. Ale na ten temat wolę szerzej nie pisać, bo zaraz odezwą się "badacze sprawiedliwości dziejowej" i powiedzą, że dobrze tak Niemcom.
Przyszowice przed wojną były polską wsią. Szkoda, że prezydent Putin do nas wczoraj nie zajechał. Była okazja, był niedaleko...
Gazeta Wyborcza - Katowice 27-01-2005
autor: Józef Krzyk
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2516508.html
"Czerwonoarmiści szli rozochoceni i pijani, bo w Gliwicach, które właśnie zdobyli, rozbili gorzelnię. Nie spodziewali się żadnego oporu, gdy w Przyszowicach przywitał ich grad niemieckich pocisków. Gdy po trzech dniach walki ustały, Rosjanie policzyli, że zginęło 101 ich towarzyszy. Ponad czterdzieści zniszczonych czołgów dopalało się na okolicznych polach. Wojsko niemieckie uciekło, a wściekli zdobywcy wzięli odwet na cywilnych mieszkańcach.
27 stycznia, w tym samym dniu, w którym wyzwalano obóz Auschwitz-Birkenau, od kul żołnierzy zginęły 63 osoby, potem jeszcze sześć innych. W większości byli Polakami (Przyszowice do II wojny światowej leżały tuż nad granicą, ale po polskiej stronie) i czekali na przybycie Armii Czerwonej z utęsknieniem. Okazało się, że żołnierze z gwiazdkami na czapkach wszystkich potraktowali jak wrogów. W jednym z domów zastrzelili wszystkich trzynastu mieszkańców. Na podwórku mężczyzn, a w piwnicy kobiety i dzieci. Wśród zamordowanych była np. cała pięcioosobowa rodzina Bartoszków - małżeństwo z trojgiem dzieci. Najmłodszy Erwin miał tylko dziesięć dni. Gdy masakra się skończyła, sąsiedzi zastali morze krwi. Kobiety miały obcięte piersi. Radziecki komendant kazał wykopać duży dół na cmentarzu. Nie było trumien, więc zwłoki zapakowano w worki i wrzucono do ziemi.
- Pamiętam tamte straszne chwile, umierającego na podwórku sąsiada i rabunki - wspominał wczoraj pochodzący z Przyszowic bp Stefan Cichy. - Trzeba o tamtych wypadkach pamiętać, ale także uświadomić sobie, że nie doszłoby do tego, gdyby ludzie nie odwrócili się od Boga. Starły się dwie siły zła, a ginęli niewinni ludzie - dodał.
Podczas mszy świętej zapalono 69 zniczy. Potem każdy z nich odbierał ktoś z krewnych zabitego i w procesji odnosił na pobliski cmentarz. Po niektóre znicze nikt jednak się nie zgłosił, bo rodzina ofiary z 1945 roku już nie żyje. - Właśnie dlatego nam nie wolno milczeć, dopóki jeszcze żyją osoby, które mogą poświadczyć, jak było naprawdę - mówi Krystyna Grodoń, jedna z inicjatorek wczorajszej uroczystości.