https://poszukiwanieskarbow.com/Forum/

Szlak bojowy I dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki
https://poszukiwanieskarbow.com/Forum/viewtopic.php?f=31&t=8880
Strona 1 z 1

Autor:  Jarema [ wtorek, 14 grudnia 2004, 20:07 ]
Tytuł:  Szlak bojowy I dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki

Ostatnio dowiedziałem się, że mój pradziadek walczył w tym oddziale. Podobno przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Berlina.
Co było pomiędzy? W jakich bitwach brał udział ten oddział?

Autor:  sapn [ środa, 15 grudnia 2004, 09:48 ]
Tytuł: 

Proponuję wrócić do histori z podstawówki. Tam dość dokładnie było wszystko o szlaku I dywizji im T.K. oraz o jej powstaniu.

Autor:  Jarema [ środa, 15 grudnia 2004, 17:59 ]
Tytuł: 

Za moich czasów to prawie nic o II W.Ś. nie było w podstawówce.
W PRL'u pewnie w ramach przyjaźni polsko-radzieckiej coś o tym mówili, ale jak ja byłem w podstawówce to nic. Czarna dziura.

Autor:  sapn [ czwartek, 16 grudnia 2004, 09:32 ]
Tytuł: 

Powstanie i działania wojenne

Na wieść o tworzeniu polskiej dywizji w Sielcach nad Oką Polacy ze wszystkich zakątków ZSRR ruszyli, aby wstępować do nowo formowanych oddziałów. Na dowódcę 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki został wyznaczony płk Zygmunt Berling, który 14 maja 1943 roku wydał swój 1 Rozkaz Operacyjny.

Nowo tworzonemu wojsku nadano polski charakter. W związku z tym, podobnie jak w wojsku II Rzeczypospolitej, obowiązywał w nim: hymn polski, umundurowanie, odznaki, większość regulaminów, musztra oraz komenda. Także mimo sprzeciwów władz sowieckich oraz większości komunistów polskich, wprowadzono do obyczaju i ceremoniału Kościuszkowców praktyki religijne.

Pierwsza przysięga żołnierzy 1DP odbyła się 15 lipca 1943r. w 533 rocznicę bitwy pod Grunwaldem, co nadawało tym bardziej polski charakter nowo tworzonemu wojsku. Natomiast negatywnie postrzegany był przez żołnierzy fakt, że większość oficerów była pochodzenia rosyjskiego, lecz taki stan rzeczy dawał władzom radzieckim dodatkową gwarancję pełnej kontroli nad formowanym Wojskiem Polskim.

Zgodnie z przyjętym planem w 1 dywizji szkolenie bojowe powinno zakończyć się w połowie września 1943r. W takim przypadku wymarsz dywizji na front mógł się zbiec z datą 17 września, a więc czwartą rocznicą agresji radzieckiej na Polskę. Stalin postanowił tego uniknąć i nakazał wymarsz dywizji na front 1 września 1943r. tj. w 4 rocznicę napaści Niemiec na Polskę. Wtedy to dywizja, weszła w skład Frontu Zachodniego gen. Sokołowskiego, który przydzielił ją w podporządkowanie dowódcy 33 armii gen. Gordowa z zamiarem użycia w operacji orszańskiej.

W październiku 1943r. dywizja została przegrupowana w okolice wsi Lenino, gdzie miała przejść swój chrzest bojowy.

W myśl rozkazu dowódcy 33 armii gen. Gordowa zadaniem jej było przełamać obronę niemiecką w pasie 2km na odcinku: Połzuchy, wz. 215,5, a następnie nacierać w kierunku: Łosiewa i Czurniłowa. Prawy sąsiad 42 dywizja piechoty oraz lewy 290 dywizja piechoty rosyjskiej miały za zadanie nacierać równolegle z naszą dywizją. Zadanie to było niewykonalne, ponieważ siły ich były zbyt małe, 42 dywizja liczyła 4646, a 290 dywizja 4345 żołnierzy, przy liczebności 1DP ok. 12 400 żołnierzy. Sytuacja ta miała bezpośredni wpływ na przebieg bitwy.

Bitwa pod Lenino rozpoczęła się o godz. 6.00 rozpoznaniem poprzez walkę 2 i 3 kompanii 1 batalionu piechoty W wyniku tego ataku kompanie straciły ok. 50% stanów osobowych żołnierzy. Ze względu na mgłę przygotowanie artyleryjskie rozpoczęło się dopiero o godz. 9,20, a nie jak planowano o 8,00. Po zakończeniu przygotowania artyleryjskiego o godz. 10,30 sygnał zielonej rakiety uruchomił 1 i 2 batalion piechoty do natarcia. Poszczególne punkty oporu wojsk hitlerowskich były raz zdobywane przez oddziały polskie, a następnie tracone w wyniku kontrnatarcia wojsk niemieckich.

W wyniku braku jakichkolwiek sukcesów dywizji rosyjskich znajdujących się na skrzydłach oddziałów polskich gen. Berling zażądał od dowództwa rosyjskiego wycofania 1DP z walki.

Ponieważ dywizja poniosła w bitwie ogromne straty i istniało zagrożenie, że nastąpi dalsza utrata zgrupowanego w niej aktywu, Stalin przychylił się do prośby generała. Decyzja ta dotarła do gen. Berlinga 13 października o godz. 17.00.

1 Dywizja w bitwie pod Lenino straciła 3054 żołnierzy, to jest 23,7% ogólnego stanu. O tak dużych stratach zdecydowały: subiektywne decyzje dowództwa 33 armii , pewne braki w wyszkoleniu żołnierzy, brak wsparcia lotniczego, nieuzasadnione skrócenie przygotowania artyleryjskiego oraz słabe wyniki natarcia sąsiadujących dywizji radzieckich.

Mimo tego bitwa pod Lenino pokazała, iż żołnierz polski potrafi walczyć nie szczędząc krwi ani życia.

Po zakończeniu bitwy zdziesiątkowaną 1 DP ześrodkowano w okolice Smoleńska, gdzie dalej odbywała szkolenie programowe.

19 listopada 1943 roku nowym dowódcą dywizji został płk Wojciech Bewziuk. W marcu 1944 roku wraz z nowo utworzonym 1 Korpusem WP została 1DP ześrodkowana w okolice Żytomierza i Berdyczowa i zgodnie z dyrektywą z dnia 29 kwietnia 1944 roku będąc w składzie 1 Armii WP podporządkowana została 1 Frontowi Białoruskiemu dowodzonemu przez gen. K. Rokossowskiego. W kolejnych dniach wraz z wojskami 1FB dywizja posuwała się w kierunku zachodnim, aby 23 lipca 1944 roku przekroczyć rzekę Bug.

W rezultacie, po ponad trzystukilometrowym , nieprzerwanym marszu dofrontowym trwającym od 15-ego do 27-ego lipca , dywizja osiągnęła rubież Wisły i w dniu 2 sierpnia dokonała próby uchwycenie przyczółka w rejonie Dęblina. Po przemieszczeniu się w kierunku północnym w dniu 26 sierpnia prowadziła dalsze działania bojowe nad Wisłą w rejonie między rzekami: Wilga i Świder.

W dniu 5 września 1944r. dywizja została czasowo wyłączona ze składu 1 AWP i podporządkowana dowódcy 47 armii radzieckiej, aby w dniach 10 - 15 września toczyć krwawe boje o wyzwolenie prawobrzeżnej Warszawy - Pragi.

Następnie, od lutego 1945 roku dywizja walczyła o Wał Pomorski, dokonała forsowania Odry oraz wzięła udział w szturmie Berlina.

Po zakończeniu działań wojennych dywizja została skierowana w rejon województwa białostockiego z zadaniem stabilizacji życia społecznego i gospodarczego.

Autor:  sapn [ czwartek, 16 grudnia 2004, 09:41 ]
Tytuł: 

BITWA "POD LENINO" chrzest bojowy - "mięso armatnie"
Tu musimy sobie najpierw powiedzieć pewne rzeczy. Nie chcemy czcić ani dowódcy Dywizji Kościuszkowskiej Berlinga, który nigdy nie był polskim generałem tylko sowieckim z nominacji Stalina. Nie możemy też uznawać jego towarzyszy z "willi szczęśliwości", którzy ocaleli z Katynia, bo zaprzedali się duszą i ciałem bolszewikom. Są oni wszyscy dezerterami z Wojska Polskiego, tak jak sam Berling.

Oprócz tych zdrajców, wszyscy inni w Dywizji Kościuszkowskiej to byli dobrzy Polacy, ci, o ktorych mówiono i dalej się mówi - "co nie zdążyli do Andersa". (W 1992 roku Bolesław Danko wydał książkę pod takim właśnie tytułem - wspomnienia tych, co nie zdążyli.)

Bitwa "pod Lenino", właściwie nie była pod Lenino, a raczej pod Trigubowo, bo tak nazywała się wieś na Bialorusi, na którą nacierała Dywizja Kościuszkowska. Polacy walczyli w tej bitwie bohatersko, co wcale nie dziwi. Bo, tak jak i my na Zachodzie, walczyli o wolną Polskę, tak przynajmniej im się zdawało, jak i nam. Żeby nie być posądzonym o stronniczość, podaję opis tej bitwy, z książki Wojna wyzwoleńcza Narodu Polskiego w latach 1939-45, wydanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej PRL w 1966 roku w Warszawie, strony 407-411.
"Zgodnie z otrzymanym od gen. płk. Gordowa [d-ca 33 armii sowieckiej] zadaniem bojowym, 1 Dywizja piechoty [im. Kościuszki] miała przełamać obronę nieprzyjaciela na odcinku Połzuchy, wzg. 215,5 i [...] osiągnąć rzekę Pniewkę. Następnie dywizja winna była rozwinąć natarcie w kierunku Łosiewka, Czyryłowa i wyjść na Dniepr w rejonie na północ od Szkłowa. [...] [ani słowa o Lenino - MS]
12 października o godz. 6:00, po pięciominutowej nawale ogniowej 1 batalion (dowódca mjr B.[ronisław] Lachowicz * 1 pułku piechoty wykonał rozpoznanie walką, które potwierdziło obecność i siłę obrony nieprzyjaciela. O godz. 9:20 rozpoczęło się artyleryjskie przygotowanie ataku, które po 40 minutach zostało przerwane, i artyleria przystąpiła do wykonywania zadań ogniowych w ramach wsparcia natarcia piechoty i czołgów metodą wału ogniowego.

Artyleryjskie przygotowanie ataku miało trwać 100 minut. Skrócenie go nastąpiło prawdopodobnie na skutek otrzymania informacji lub też przypuszczeń, że Niemcy wycofali się z przedniego skraju obrony, co nie odpowiadało prawdzie. W tym stanie rzeczy wiele środków ogniowych nieprzyjaciela nie zostało zniszczonych lub obezwładnionych. Przyspieszenie o godzinę terminu rozpoczęcia ataku zdezorganizowało również w pewnym stopniu dowodzenie na niższych szczeblach.

Niemieckie lotnictwo grupami od 8 do 30 samolotów bez przerwy krążyło nad polem walki, bombardując i ostrzeliwując z broni pokładowej pułki piechoty pierwszego rzutu dywizji, przeprawy przez Miereję oraz stanowiska ogniowe artylerii. W ciągu dnia 12 października stwierdzono w pasie natarcia 33 armii 214 samolotów nieprzyjaciela, z tego 178 (83%) w pasie natarcia 1 dywizji piechoty.

Nacierające w ślad za ogniem artylerii bataliony 1 i 2 pułku piechoty brawurowym atakiem złamaly opór nieprzyjaciela na pierwszej pozycji jego obrony i opanowały Połzuchy oraz Trigubowo. Jednak dalsze natarcie nie miało powodzenia, zwłaszcza, że do złamania krzepnącego oporu nieprzyjaciela zabrakło piechocie wsparcia czołgów. Wobec niewłaściwego przygotowania pod względem inżynieryjnym przepraw przez Miereję 1 pułk czołgów nie zdołał pokonać błotnistej doliny rzeki i nie wszedł do walki.

W drugiej połowie dnia nieprzyjaciel użył przeciwko 1 dywizji piechoty znacznych sił lotnictwa bombowego i szturmowego oraz wykonał szereg silnych kontrataków, wspartych ogniem artylerii i dział pancernych. W warunkach gwałtownego przeciwdziałania nieprzyjaciela sytuacja na polu walki skomplikowała się.

Ponieważ prawy sąsiad - [sowiecka] 42 dywizja piechoty - nie zdołał przełamać przedniego skraju niemieckiej obrony, 2 pułk piechoty znalazł się pod silnym ogniem bocznym ze wzg. 216,6. Pułk, zmuszony do odpierania licznych ataków nieprzyjaciela, zdołał utrzymać wschodnią część wsi Połzuchy, jednakże natarcie na prawym skrzydle dywizji nie mogło się dalej rozwijać. Podobnie kształtowała się sytuacja na lewym skrzydle; [sowiecka] 290 dywizja piechoty zdobyła wprawdzie pierwsze transzeje siłami 885 pułku piechoty, lecz dalsze jej natarcie nie miało powodzenia. Korzystając ze swobody działania przed frontem tej dywizji, nieprzyjaciel zaciekle kontratakował odsłonięte lewe skrzydło dywizji polskiej. Po zażartej walce 1 pułk piechoty został wyparty ze wsi Trigubowo. Wskutek znacznych strat wśród oficerów, w pułku wystąpiły oznaki dezorganizacji dowodzenia. Przemieszane bataliony zaczęły wycofywać się na zachodnie stoki wzg. 215,5. Tę niezwykle trudną sytuację opanował zastępca dowódcy dywizji do spraw liniowych płk B.[oleslaw] Kieniewicz**, który zdołał powstrzymać wycofujące się oddziały i zorganizować ich opór na południowo - wschodnich stokach wzg. 215,5, dzięki czemu udało się złamać uderzenia nieprzyjaciela. Do końca dnia pułki pierwszego rzutu odpierały na skrzydłach i w centrum ugrupowania kontrataki nieprzyjaciela, usiłującego odrzucić polskie oddziały na wschodni brzeg Mierei. Wydatna pomoc piechocie polskiej okazał w tej walce ogień wspierającej ją artylerii radzieckiej.

W nocy z 12 na 13 października walki trwały nadal. Towarzyszyło im porządkowanie oddziałów i odtwarzanie dowodzenia. Do pierwszego rzutu został wprowadzony 3 pułk piechoty. Po zluzowaniu wyczerpanego całodzienną walką 1 pułku wykonał on nocne uderzenie, które nie miało jednak powodzenia. Intensywnie działało rozpoznanie. Kompania rozpoznawcza dywizji dotarła do wsi Trigubowo, gdzie w walce zniszczyła sztab niemieckiego batalionu piechoty i zdobyła cenne dokumenty. W nocnych działaniach największy sukces odniósł 2 pułk piechoty. Wspierany przez grupę czołgów, które zdołały przeprawić się przez Miereję, pułk ten wyparł nieprzyjaciela ze wsi Połzuchy i umocnił się na jej zachodnim skraju.

Tymczasem gen. płk Grodow zdecydował wznowić natarcie rano 13 października. W związku z tym na zachodni brzeg Miereji została wprowadzona część sił 5 korpusu zmechanizowanego z zadaniem wsparcia natarcia 42 i 290 dywizji piechoty. Dowództwo 1 dywizji piechoty również podjęło kroki, aby zapewnić udział czołgów w natarciu. Jednak mimo wysiłków do rana 13 października zdołano przeprawić zaledwie 16 czołgów, z których większość skupiono na odcinku natarcia 3 pułku piechoty; pozostałe czołgi ugrzęzły w błotnistej dolinie Mierei.

Rano 13 października 1 dywizja piechoty wznowiła współnie z sąsiadami działania zaczepne. Zdecydowany opór Niemców, którzy w nocy wprowadzili do walki w pasie natarcia 1 dywizji oddziały 330 dywizji piechoty oraz zmasowane użycie przez nich lotnictwa (453 samoloty w dniu 13.10 w pasie natarcia 33 armii) uniemożliwiły osiągnięcie sukcesów. W tej sytuacji pułki piechoty na rozkaz dowódcy dywizji zaniechały dalszych prób natarcia i przeszły do obrony z zadaniem utrzymania zdobytej rubieży.

W godzinach wieczornych nieprzyjaciel wznowił kontrataki, 3 pułk piechoty odparł je skutecznie. 2 pułk piechoty został początkowo wyparty ze wsi Połzuchy, lecz w nocnym uderzeniu odzyskał wieś, a nawet nieznacznie posunął się do przodu. Do rana 14 października dywizja została zluzowana przez radziecką 164 dywizję piechoty i wycofana z pierwszego rzutu 33 armii.

W wyniku dwudniowych ciężkich walk pod Lenino dywizja sforsowala bagnistą dolinę Mierei, przełamała opór czołowych oddziałów nieprzyjaciela, opanowała pierwszą pozycję jego obrony, zdobyła węzłowe punkty oporu w Połzuchach i na wzg. 215,5 zniszczyła główne siły 688 pułku piechoty oraz zadała poważne straty innym oddziałom 337, 113 i 330 niemieckiej dywizji piechoty. Chlubne wykonanie pierwszego zadania bojowego dywizja okupiła stratą 502 zabitych, 1776 rannych i 663 zaginionych bez wieści, tj. około 25% całego stanu osobowego.

Za męstwo wykazane w bitwie dowódca 1 korpusu nadał żołnierzom 1 Dywizji Piechoty im. T. Kosściuszki 247 odznaczeń bojowych. Rada Najwyższa ZSRR odznaczyła 239 żołnierzy i przyznała tytuł Bohatera Związku Radzieckiego kpt. Wł. Wysockiemu (pośmiertnie), kpt. J. Hibnerowi i szer. Anieli Krzywoń (pośmiertnie)."

Autor:  Jarema [ czwartek, 16 grudnia 2004, 17:08 ]
Tytuł: 

Dzięki.
Czy "zdarza" pisze się przez "rz" - błąd ortograficzny!!! się represje tych żołnierzy? Moja babcia twierdzi, że pradziadek był represjonowany właśnie za Wojsko Polskie.

Autor:  zbV [ czwartek, 16 grudnia 2004, 21:48 ]
Tytuł: 

Bitwa polityczna

Spotkanie kombatantów przed mauzoleum w miejscu bitwy pod Lenino. Od lewej: ppłk Dobiesław Bojanowicz, mjr Paweł Siemionow, Siergiej Zaleszczykow, płk Wacław Korga
fot Sławomir Kamiński

Rozmowa: Piotr Lipiński 12-10-2003, ostatnia aktualizacja 12-10-2003 19:12

Żołnierze nie potrzebują bitew. Potrzebują ich dowódcy i politycy. Profesor Jan E. Zamojski - historyk, pracownik naukowy Instytutu Historii PAN, zesłaniec w ZSRR, a potem żołnierz 1. Armii WP w 60. rocznicę bitwy pod Lenino.

12 października 1943 r. pod Lenino na Białorusi rozpoczęła swój pierwszy bój 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga. Zginęło 3054, a rannych zostało 1776 polskich żołnierzy. Straty niemieckie (zabici, ranni, wzięci do niewoli) wyniosły ok. 1800 żołnierzy. W niedzielę poległym pod Lenino złożył hołd premier Leszek Miller.

- Wszystkie drogi prowadziły wtedy do Polski - mówił. - Droga spod Lenino była najkrótsza, lecz równie trudna, a może nawet trudniejsza, bo szczególne były wyzwania i dylematy, przed którymi postawiła wtedy kościuszkowców historia. Tak jak inne drogi do Polski wolnej, niepodległej wymagała ofiar, poświęceń. Kościuszkowcy stali się symbolem polskiej obecności na froncie wschodnim, otworzyli drogę do rodzinnego kraju innym swoim rodakom z przysiółków Kazachstanu, syberyjskiej tajgi, dalekiego Wschodu.

Cmentarz, na którym przemawiał premier, powstał pięć lat temu. Stoją na nim tablice z nazwiskami poległych, katolickie i prawosławne krzyże oraz żydowska macewa. Poprzedni cmentarz zmeliorowano przed 25. rocznicą bitwy, bo znajdował się na żyznych glebach. W miejscu samej bitwy jest natomiast mauzoleum w kształcie żołnierskiego hełmu i gąsienicy czołgowej.

Czy ta bitwa była potrzebna

Piotr Lipiński: Straty pod Lenino były olbrzymie, zginął co czwarty żołnierz. Czy ta bitwa była potrzebna?

Prof. Jan Zamojski: Dla żołnierza żadna bitwa nie jest potrzebna. Bitwy potrzebują dowódcy, politycy. A żołnierz spełnia swój obowiązek. Czy potrzebne było Monte Cassino? Historycy spierają się o to do dziś. Jednak i Lenino, i Monte Cassino były potrzebne z punktu widzenia politycznego. Lenino potrzebowała zarówno strona polska, to znaczy Związek Patriotów Polskich, jak i radziecka, która potrzebowała karty polskiej. Stalin szykował ją już znacznie wcześniej. Polityka polska ZSRR, ściślej - Stalina, to odrębny, złożony problem, na który tu nie ma miejsca. Odnośnie wojska, upraszczając, Stalin życzyłby sobie zapewne podobieństwa wariantu czeskiego. Czechosłowackie jednostki przy armii radzieckiej podlegały czechosłowackiemu rządowi w Londynie, lecz były w pełni kontrolowane przez stronę radziecką. W przypadku polskim okazało się to niemożliwe. Dość wcześnie, od początku 1940 roku, starano się pozyskać dla radzieckich planów wielu oficerów polskich. Sondowano też gen. Andersa. Znów upraszczając - jednak Anders to nie był generał Ludvik Svoboda, który nigdy nie był ani jeńcem, ani więźniem; Sikorski zaś to nie był Edvard Benesz. Gdy nadszedł sprzyjający moment, do którego okazję dał Katyń i zawieszenie stosunków polsko-radzieckich, uruchomiono istniejący we wcześniejszych koncepcjach wariant, którym był Związek Patriotów Polskich, zaś w sensie wojskowym - 1. Armia. W rozważaniu tych spraw trzeba mieć na uwadze ówczesny kontekst historyczny. Ze wszystkich układów alianckich wynikało, że Polska znajduje się w obszarze strategicznych decyzji ZSRR, będzie więc wyzwalana ze wschodu. Twarde realia historyczne dyktowały, iż w naszym interesie leży wojskowa obecność na najważniejszym wówczas froncie wschodnim i uczestnictwo w wyzwalaniu Polski. Natomiast nasza nieobecność niosłaby wiele zagrożeń. Lenino stanowiło pierwszy krok na tej drodze.

Pod Lenino zabrakło wsparcia pancernego, bo czołgi ugrzęzły w błocie. Ale dlaczego zabrakło też pomocy lotnictwa?

- Nie znam wyjaśnień. Radzieckie źródła notują niezwykłą intensywność niemieckiego lotnictwa na tym odcinku frontu i małe wsparcie lotnictwa własnego. Mimo że Front Zachodni miał do dyspozycji 1. Armię Lotniczą.

Polacy z 1. Dywizji uczestniczyli w natarciu na głównym kierunku działania 33. Armii. A przecież nie mieli jeszcze doświadczenia bojowego.

- Chciałbym się oprzeć na opinii generała Władysława Korczyca. 1. Dywizję przydzielono początkowo do 10. Armii, w której szefem sztabu był gen. Korczyc. Ona również miała uczestniczyć w operacji orszańskiej Frontu Zachodniego, której celem było zająć Orszę, wyjść na Dniepr i otworzyć drogę na Białoruś, a tym samym - do Polski, na główny kierunek strategiczny frontu wschodniego. 10. Armia miała działać na skrzydle ugrupowania Frontu.

Jednak w ostatniej chwili dywizji zmieniono przydział - skierowano ją do 33. Armii. I tu zaczyna się tragedia. 33. Armią dowodził generał Wasilij Gordow. A to był po prostu rzeźnik. Zdobył uznanie Stalina po bitwie stalingradzkiej. Nie liczył się ze stratami. Osobiście bił żołnierzy pięścią po twarzy. Po wojnie rozstrzelano go, ale - niestety - nie za to, za co należało. Gordow wyznaczył Polakom najbardziej odpowiedzialne zadanie na głównym kierunku wysiłku armii. Według gen. Korczyca w sztabach jednostek radzieckich nie wierzono w sens i powodzenie całej operacji. Od dłuższego czasu front stał w miejscu, trzeba więc było coś zrobić, ruszyć się, ale tak, aby móc zameldować, że armia dysponuje zbyt małymi siłami dla złamania obrony przeciwnika, a zatem wymaga wsparcia jednostek z rezerwy naczelnego dowództwa. Radzieckie jednostki, w tym dwie dywizje mające wspierać na skrzydłach 1. Dywizję, nie przejawiały więc szczególnego zapału do natarcia. Natomiast polska dywizja i gen. Zygmunt Berling tej płynącej z doświadczenia świadomości nie mieli. Nacierali więc tak, jak należało.

Kto im zmienił przydział?

- O zmianie podporządkowania operacyjnego polskiej dywizji musiano zadecydować na najwyższym szczeblu - personalnie tylko Stalin albo Mołotow. Nie spotkałem logicznych uzasadnień, istniejące w obiegu nie przekonują.

Może chodziło o silniejszy efekt propagandowy - Polacy uczestniczą w głównym natarciu?

- To raczej bez znaczenia. W każdym przypadku, na każdym odcinku, efekt byłby taki sam. Dywizja w dwudniowych dramatycznych walkach wykonała zadanie taktyczne. Wycofano ją z pierwszej linii m.in. na skutek interwencji Wandy Wasilewskiej przerażonej stratami, o których powiadomił ją Berling.

Niemcy też wykorzystali propagandowo tę bitwę - ze względu na kilkuset dezerterów, którzy podczas bitwy zbiegli z 1. Dywizji. Gadzinówki pisały: "Polska dywizja zabawką w rękach Kominternu". Niemcy publikowali zdjęcia dezerterów chwalących niemiecką opiekę, wozili ich po Polsce.

- Podczas bitwy zaginęło około 600 żołnierzy, wśród nich było ponad stu jeńców lub dezerterów. Najgłośniejszym okazał się por. Adolf Wysocki, który poszedł na współpracę z Niemcami. Niemieckim propagandzistom przysłużyło się też kilku innych Polaków. Potem dezercje były już w 1. Armii rzadkością. Zdarzały się w okresie Polski lubelskiej ucieczki "do lasu", ale to już odnosi się do zupełnie innej sytuacji.

Niemcy wiedzieli, że na froncie przeciw nim znaleźli się Polacy. Dlatego nasilili ataki lotnicze i akcję propagandową skierowaną do Polaków. Uruchomili "szczekaczki", które nawoływały do poddania się, zrzucali ulotki.

Dzień w 1. Armii zaczynał się od "Kiedy ranne wstają zorze", kończył z "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Późniejszy generał Wojciech Jaruzelski pisał w liście do matki, że fizycznie czuje się zdrowo, a i moralnie poczuł się lepiej po spowiedzi i komunii świętej. Jak to się stało, że z takich ludzi wyrośli potem obrońcy polskiego komunizmu ?

- Po pierwsze, błędnie Pan wzmiankuje komunizm. O żadnym komunizmie nie było mowy ani wówczas, ani później. Nie wspominano nawet o socjalizmie. Polityczny program 1. Armii, jeśli można o takim mówić, nie różnił się wiele od programów większości demokratycznych nurtów polskich tej epoki, poza odłamami Stronnictwa Narodowego. Natomiast rzeczywiście paradoksem historii jest to, że ta masa kontrrewolucyjna i antyradziecka, za to przecież represjonowana, otrzymała od niej misję budowania Polski jako państwa proradzieckiego i ustroju demokracji ludowej.

Nie kładłbym natomiast wielkiego nacisku na stronę religijną - z tym było różnie - ale przede wszystkim na polskość. Nie potrafię opisać emocji, z jakimi wkraczało się do obozu sieleckiego: polskie otoczenie, sztandary, pieśni, znowu mówiliśmy swoim językiem. Kiedy nasz 4. Pułk Artylerii Przeciwpancernej otrzymywał broń, dowódca pułku mjr Iżyk w krótkim przemówieniu powiedział, że lepiej zginąć od kuli na froncie, aniżeli gnić po kolana w łagrowym błocie. Sam wyszedł z łagru. Wiedział, co mówi. Słowa te pamiętam do dzisiaj. One trafiały do żołnierzy, do ich świadomości.

Zmienialiśmy się, to prawda. Przytoczę kilka ilustrujących to scen. Jesteśmy na stacji w Krasnojarsku. Pijany sierżant radziecki zaczyna nam wymyślać: "Znowu będziecie uciekać jak Anders, pod karabin maszynowy was, rozstrzelać". A my do armii Andersa mieliśmy pretensje, że nas zostawiła na łasce losu. Komendant eszelonu szybko zdyscyplinował pijaka, przepraszał nas, tłumaczył. Ale wrażenie zostało. Jesteśmy na radzieckiej Ukrainie, pod Żytomierzem. Cały pułk stołuje się u gospodarzy i gospodyń. Dwa miesiące goszczą nas jak najbliższych. Wczasy, a nie wojsko. Żegnają nas ze łzami. Ukraińcy.

Przekraczamy dawną granicę na Zbruczu. Żołnierze płaczą. A jednak wracamy! To trzeba było przeżyć ! Stacjonujemy w rejonie Przebraża, słynnego z samoobrony. Z wsi wokół pozostały tylko kikuty kominów wśród kwitnących sadów, co parę dni alarm. Akcje przeciw UPA, są ranni, zabici. I narastająca świadomość, że to już nie jest nasza ziemia. W 1. Armii przeżywaliśmy niezwykle mocno kwestię granicy wschodniej. Właśnie na Wołyniu uświadomiliśmy sobie, że nie mamy powrotu.

Przekraczamy Bug, jesteśmy na terenie Polski lubelskiej. Niezwykła zmiana stosunku wobec żołnierzy. Jakieś odczucie obcości i wrogości. Przychodzą do mnie żołnierze i mówią, że oni chyba po wojnie wrócą do siebie, na Białoruś czy Ukrainę. Bo tu są ludzie, wśród których czują się obco. Zaczynają się też akty dywersji w stosunku do armii, zamachy, zabójstwa. Żołnierze mówią mi, że wolą być na pierwszej linii frontu niż tu, w Rembertowie, w takim otoczeniu. I wreszcie Pomorze Zachodnie. Żołnierze już godzą się z tym, że do siebie, na Wschód, nie wrócą. Że cała ich przyszłość, ich rodzin, to właśnie ta ziemia. Trzeba było widzieć, z jakim uczuciem ją zaorywali i zasiewali.

W wielkim skrócie - dla nas, żołnierzy 1. Armii, liczyło się tylko to, by Polska była Polską. Bez względu na przymiotniki. Perspektywa przyjaźni ze Związkiem Radzieckim nie przerażała już, zaś w straszak 17. republiki nikt nie wierzył.

Ale też w 1. Dywizji odbywała się indoktrynacja żołnierzy. W swojej książce "Miejsca postoju" opisywał Pan Profesor, jak jednemu żołnierzowi zaproponowano zrobienie gazetki ściennej, innemu wstąpienie do szkoły wojskowej, komuś do kontrwywiadu.

- Armia dążyła do wytworzenia własnych kadr. A obok tego odbywało się pozyskiwanie ludzi mających instynkt pracy społecznej, kulturalnej etc. Mieliśmy bardzo rozsądnego zastępcę dowódcy pułku do spraw politycznych, majora Mieczysława Szleyena, dąbrowszczaka, doktora chemii. Potrafił przekonywać w sposób nieszablonowy, niedoktrynerski. Wizja Polski demokratycznej przemawiała do wyobraźni. Reforma rolna, ziemia dla chłopów, jak najbardziej... Ale kołchozy - kategorycznie nie! I tak zostało!

Początkowo liczono na jakieś porozumienie z rządem londyńskim. Ale gdy pojawił się wariant krajowy, gdy wiosną 1944 r. przybyła delegacja Krajowej Rady Narodowej, sprawy uległy zmianie. Polska przybierała już ten nowy kształt.

Wracając do sprawy stosunku do Związku Radzieckiego, trzeba wyraźnie odróżnić stosunek do ludzi, z którymi się żyło, pracowało, cierpiało, od stosunku wobec władzy, systemu. Na zesłaniu pracowałem wśród tzw. specprzesiedleńców z okresu kolektywizacji 1933 r. - politycznych więźniów, ale i morderców, którzy mieli jeszcze wyrok zesłania po wyjściu z więzienia. Pracowałem wśród drwali, Rosjan starowierów i zabajkalskich Kozaków, Tatarów, Finów, nawet Koreańczyków. Losy były podobne, odczucia - także, mogliśmy z siebie pokpiwać, ale wrogości nie było. A do tego trzeba dodać doświadczenie frontowe.

Niektórzy mówią, że żołnierze 1. Armii to po prostu ci, którzy nie zdążyli do Andersa. Czy przypadek może tak mocno zdecydować o losach człowieka?

- Osobiście przywiązuję wielką wagę do roli losu. Miałem kiedyś pistolet przystawiony do głowy, ale akurat nastąpiła "osieczka", nabój nie wypalił. Na Syberii trafiliśmy na Polaków, którzy nas uświadomili, co to jest za kraj, na co zwracać uwagę, by przeżyć, co jest ważne, a co nie. Staraliśmy się uwzględniać ich rady i to bardzo pozytywnie zaważyło na naszym syberyjskim życiu. Niewątpliwie, gdybym trafił do armii Andersa, moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale jak? Któż to raczy wiedzieć?!

Gen. Zygmunt Berling, dowódca 1. Armii, zdążył do armii Andersa. Ale zdezerterował z niej, za co dostał wyrok śmierci.

- Chodzi o to, że ppłk Berling znacznie wcześniej, natychmiast po internowaniu, dokonał wyboru. Był pensjonariuszem "willi szczęścia" w Małachówce pod koniec 1940 r. [w "willi szczęścia" NKWD więziło polskich oficerów, których zamierzało skłonić do kolaboracji - red.]. Jego wybór wiązał się z tym właśnie wariantem wydarzeń. Udział w armii Andersa wynikał ze zmienionych warunków, ale ostatecznie okazał się epizodem, po którym nastąpił powrót do innej, dojrzalszej już formuły podstawowego wariantu.

Wokół Berlinga narosły mity, choćby ten, że został odwołany ze stanowiska za chęć niesienia pomocy Powstaniu Warszawskiemu.

- Sprawy były o wiele bardziej złożone. Pojawienie się gen. Żymierskiego, alarmowo awansowanego na generała broni, usunęło gen. Berlinga na drugi plan. Pojawiły się problemy personalno-ambicjonalne. Do tego doszły animozje z okresu wcześniejszego, z ludźmi z Centralnego Biura Komunistów Polskich. No i pojawił się ten jego dramatyczny telegram do Stalina, by ratował Polskę przed spiskiem trockistowskim. Berling miał wielkie ambicje, które nie mieściły się w realiach sytuacji politycznej. Przesadnie wierzył w ochronę ze strony Stalina. Sądził też, że jest równoprawnym partnerem w grze o Polskę. Okazało się, że jest inaczej, że inni partnerzy są ważniejsi. No i musiał ostatecznie ustąpić i pogodzić się ze skutkami.

Mój stosunek do gen. Berlinga jest pozbawiony emocji. Wpierw jest stosunkiem żołnierza do generała. Żołnierze na ogół nie kochają generałów. Dobrze, jeśli szanują i cenią. Wyjątkiem byli Karol Świerczewski, Leon Bukojemski, z racji ich bezpośredniości. Berling był generałem patrzącym z wysoka. Raz go tylko spotkałem, po uroczystościach w Katyniu. Akurat na drodze miał miejsce wypadek, Berling zachował się niesłychanie obcesowo, "po generalsku". Inna kwestia to ocena jego roli politycznej, jego roli dla losów polskiej ludności zesłańczej w ZSRR. Tę trzeba ocenić dodatnio. Bez armii polskiej bylibyśmy po 1943 roku wcielani do armii radzieckiej, jako radzieccy obywatele. To też należy do krętych dróg, jakimi chadza historia. W ocenach tego rodzaju ludzi trzeba strzec się uproszczeń. Mówię to i jako historyk, i jako człowiek osobiście przeżywający sprawy tych lat.

1. Armia czciła wówczas w Katyniu polskich oficerów jako ofiary Niemców?

- To było po zakończeniu prac radzieckich ekspertów. Duża i smutna uroczystość. Moja bateria dawała salut artyleryjski. Mieliśmy instynktowną świadomość innej prawdy niż oficjalna. Mieliśmy też jakąś wiedzę o tym, czym jest NKWD. Poza tym znaliśmy już z kilkuletniego doświadczenia istnienie dwu prawd. Tej oficjalnej, której się słuchało i którą, gdy trzeba, się powtarzało, i tej swojej. Przed nami jednak był front i droga do kraju.

Rozmowa: Piotr Lipiński, Gazeta Wyborcza

Strona 1 z 1 Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
http://www.phpbb.com/