|
Po bunkrach wiele nie chodziłem, ale po jaskiniach tak.
<BR>
<BR>Używałem wówczas dwóch latarek - czołówki (w moim przypadku firmy Petzl) oraz silnej latarki ręcznej, jako uzupełnienia. Ta druga spoczywała zwykle w "worze" albo na taśmie do przewieszenia przez ramię lub plecy (w zależności od tego, czy było wystarczająco dużo miejsca do noszenia takiego ustrojstwa na sobie; czasem przy pokonywaniu zacisków 3-go stopnia trzeba było wypuszczać powietrze z płuc, żeby się prześliznąć, więc cokolwiek poza kombinezonem na ciele to był pewny zgon <IMG SRC="/Forum/phpBB/images/smiles/icon_smile.gif"> ).
<BR>
<BR>Druga silna latara (kształt i zasilanie na ogół obojętne, bo znowu taaaakich aż dużych przestrzeni pod ziemią znowu nie spotykałem, żeby nie przeszyć ich latarką na kilka baterii) służyła w większości jako alternatywne źródło światła.
<BR>
<BR>W myśl podstawowej zasady wszystkich grotołazów, że z jednym źródłem światła pod ziemię się nie schodzi, bo jak nawali to "kaplica". Nawet jak koleś ma drugą latarkę. Zdarzały nam się takie sytuacje, że nawalały obydwie (jego i moja) i trzecia - właśnie ta wyciągnięta z wora - ratowała sytuację.
<BR>
<BR>Czyli: jeden człowiek - dwie latary. Do tego zabieraliśmy zapas żarówek i baterii, żeby "w razie czego" umilić sobie długie godziny oczekiwania na pomoc.
<BR>
<BR>Forsy nigdy na baterie nie było zbyt dużo, więc zabieraliśmy świece pocięte na 5-cm kawałki. Jak się jadło, albo odpoczywało dłuższy czas, to zapalało się takiego ogara, żeby baterie w latarkach odpoczęły.
<BR>
<BR>Teraz zostały mi wspomnienia i reumatyzm <IMG SRC="/Forum/phpBB/images/smiles/icon_smile.gif">
|