|
Garść refleksji po przeczytaniu artykułu i postów z komentarzami…
Bezsprzecznie istnieje konflikt interesów między środowiskiem amatorskich poszukiwaczy a archeologami. Przedmiot konfliktu jest oczywisty – znajdujące się w ziemi przedmioty metalowe oraz sposoby ich wyciągania.
Istotnym problemem, raczej nie uświadamianym sobie przez większość poszukiwaczy (co jasno wynika z większości powyższych postów), jest obowiązująca na całym świecie (nie tylko w naszej dziwnej Polsce) od lat 60tych doktryna archeologiczna, że zabytków nie należy bez potrzeby wyciągać z ziemi. Przetrwały 300, 500, 1600 czy 3000 lat w ziemi – przetrwają i następne 20, 50, 100. Dlatego też argumenty poszukiwaczy – „przecież my to ratujemy, wyciągając z ziemi” nie trafiają do większości archeologów. Doktryna ta dotyczy nie tylko poszukiwań z wykrywaczem, ale i regularnych badań wykopaliskowych. W tej chwili, zdecydowana większość badań archeo, to badania ratownicze.
Jednak, jak uważny czytelnik mógł zauważyć, jest w tej doktrynie furtka pozwalająca na wyciąganie starych przedmiotów z ziemi. Jest nim zagrożenie stanowiska/przedmiotów zniszczeniem. A zagrożenia są różne – prace budowlane, orka, nawozy sztuczne oraz poszukiwacze.
No właśnie – poszukiwacze. Zazwyczaj traktowani przez archeo jako bandyci i złodzieje, ale nie zawsze, o czym niektórzy z was doskonale wiedzą. Tak jak zróżnicowane i podzielone jest środowisko archeo, tak też zróżnicowane jest środowisko poszukiwaczy. Po obu stronach bez najmniejszego wysiłku można znaleźć idiotów i ludzi najzwyczajniej złych (przekonanie, że tylko jedna z grup jest OK., przypomina mi podejście z wczesnej podstawówki, że fajni są tylko ci co słuchają TSA, a ci co słuchają Republiki to #%^&$%&* ;)
Ale do rzeczy – „przeciętny” poszukiwacz polski, zbiera i wykopuje to, co go samego interesuje, a cała resztę albo sprzedaje, albo wymienia na inne fanty. Zazwyczaj też nie wywala 3 metrowych dziur w kurhanach, tylko wybiera przedmioty z 20-30 centymetrowej warstwy ornej. Nie jest więc „hieną cmentarną”, która każdy kawałek żelaza czy brązu wywozi „na zachód”, że by sprzedać za xxxx ojro na aukcji u Kunkera czy innego paskudnego Raucha. I to właśnie do takiego „przeciętnego” poszukiwacza skierowany był artykuł w GW i to właśnie na takiego „przeciętnego” poszukiwacza, który jest pasjonatem historii i traktuje swoje poszukiwania jako hobby ma być ukierunkowana zmiana prawa!!!!!
Czytając powyższe posty, odniosłem wrażenie, że tylko część osób zrozumiała przesłanie artykułu (co świadczy o tym, że jest kiepsko napisany). Przecież ten artykuł to jasny przykład lobbingu części środowiska archeo, na rzecz takiej zmiany prawa, żeby „przeciętny” poszukiwacz, mógł działać legalnie, a żeby archeo dostawali to co najistotniejsze – informację o znalezisku (naprawdę nie ma potrzeby, żeby każda standardowa boratynka, krzyżówka, denarek rzymski czy fibula kurzyła się w magazynach muzealnych). Taka zmiana będzie zapewne wymuszała jakieś formy kontroli, rejestracji, koncesji, papierków, druczków i całej tej wkurzającej i upierdliwej biurokracji, ale chyba nikt, kto poważnie o tym myśli, nie uważa, że „najlepiej zostawić to tak jak jest teraz”. Bo, że obecne prawo jest do :pupa i nikt nie jest z tego prawa i jego realizacji zadowolony (może poza kilkoma konserwatorami, którzy nie muszą dzięki temu nic robić, oraz regularnymi hienami), to jasno widać po komentarzach z obu stron.
No i na koniec – tak jak napisałem, artykuł w GW odbieram jako element lobbingu na rzecz zmiany prawa, która ma nastąpić całkiem niedługo!!! No i jest oczywiste, że to nie archeolodzy zmieniają prawo. Ustawy piszą nasi najukochańsi posłowie oraz urzędnicy ministerialni, którzy wykrywacz widzieli tylko na amerykańskich filmach, o wykopaliskach archeologicznych wiedzą głównie dzięki lekturze „Pana Samochodzika”, a w muzeum ostatni raz byli na wycieczce w klasie maturalnej. Tak więc trzeba lobbować i przekonywać do swoich racji!!!! I jak pokazuje to wspomniany artykuł, poszukiwacze nie są osamotnieni i mają po swojej stronie część (niewielką – fakt) archeologów. Ale to sami poszukiwacze powinni też zabiegać o swoje racje. Trzeba pisać do „Pani redaktor z GW”, szukać innych dziennikarzy, którzy przedstawili by problem z drugiej strony, szukać dojść do ministerstwa, itp.
Sądzę, że lobbing na rzecz zmiany prawa będzie równie udaną inwestycją, co zakup zestawu dobrych map i lepszego wykrywacza ;)
Pzdr,
IJ
|