|
Szanowni przedmówcy mają dużo racji, pod warunkiem, że nie spotka ich taka przygoda jak mnie. Mianowicie pojechałem z żoną na grzyby i zauważyłem w lesie człowieka z wykrywaczem metali. Bardzo mnie to zainteresowało i wdałem się w rozmowę. Dowiedziałem się co można w ten sposób znależć i że ów poszukiwacz znalazł sztandar jakiegoś pułku, który oddał do muzeum. Jako, że grzybów było niewiele postanowiliśmy z żoną jechać dalej, a rzeczony poszukiwacz zapytał, czy nie podwieźlibyśmy go parę kilometrów w tym samym kierunku. Zgodziłem się i w następnym lesie, gdzie znałem grzybne miejsca rozdzieliliśmy się: moja żona poszła w las, ja zaś z POSZUKIWACZEM na spotkanie "skarbów". Jednak LICHO NIE ŚPI. w czasie, gdy wysiadaliśmy z samochodu na poboczu drogi, po przeciwnej stronie zatrzymał się Polonez, kierowca którego czekał aż wejdziemy do lasu. Po kilku minutach do POSZUKIWACZA z wykrywaczem, który chodził po lesie i nic nie kopał, bo nie miał żadnego sygnału oraz mnie zbierającego nieopodal grzyby podszedł kierowca tegoż Poloneza i powiedział, że jest Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków a tu jest stanowisko archeologiczne i w ciągu 10 min. wychodzimy z lasu, albo ON powiadomi POLICJĘ. Nie chcąc mieć zatargów z policją ( przecież zbierałem grzyby i przyglądałem się POSZUKIWACZOWI ),zawołałem żonę, i odjechaliśmy w inne miejsce. Po kilku tygodniach dostałem wezwanie na policję w celu złożenia zeznań w sprawie niszczenia przez moją osobę stanowisk archeologicznych. Nr. rejestracyny samochodu wystarczył aby złożyć fałszywy DONOS. Mimo iż sprawa została umożona (wszak nic złego nie zrobiłem) od tamtej pory a minęło już gdzieś 10 lat postanowiłem, że nigdy nie wezmę wykrywacza metali do ręki i się tego trzymam. Pracuję zawsze tylko głową.[/list]
|