|
Witka !
Parę razy pogłębiałem studnię (niestety nie w piaseczku lecz w glinie zmieszanej ze skałą - Małopolska) i nawet miałem kiedyś do czynienia ze sporym stężeniem dwutlenku węgla na dnie (sam sobie go wyprodukowałem, wydychając). Myślę, że obejdzie się bez kanarka, ale:
Pracujemy w studni mając ubezpieczenie w postaci 1 -2 osób na górze, które kontrolują to co się dzieje z facetem na dnie
Dobrze mieć (o góry) komórkę z wpisanym numerem straży pożarnej
Przed przystąpieniem do roboty w studni przedmuchać ją spuszczając na dno węża ogrodniczego podłączonego do kompresorka albo odkurzacza. Jeśli się da odwrocić ciąg, to jeszcze lepiej wyssać zalegające na dnie gazy np. przez odpowiednio przedłużony odkurzacz, a dopiero potem przedmuchać. Taką operację warto powtórzyć od czasu do czasu, czyli zrobić większe wietrzonko. Prócz tego na bieżąco warto mieć jakiś wąż przez który (pyr, pyr, panie dzieje) powolutku dopływa trochę świeżego powietrza z góry. W płytszych studniach stosowaliśmy mocne wentylatory pokojowe, które z powierzchni nadmuchiwały powietrze w głąb. Można taki umieścić (umocować i to porządnie !!!) u góry studni, można opuścić na lince np. do połowy wysokości studni.
Warto robić częste przerwy i zmiany z kolegami.
Przez cały czas roboty trzeba mieć opuszczoną drabinę (jeśli wysokość nie przeszkadza, choć drabina bardzo ogranicza ruchy - wtedy można ją podwiesić na pewnej wysokości nad dnem),
drabinkę sznurową lub linę z przyrządami zaciskowymi do podchodzenia, a na tyłku uprząż. Sam używałem tego ostatniego zestawu, wychodząc z założenia, że nawet jeśli nie będę miał siły wytargać się w górę, to zdąże sięjeszcze wpiąć, a tedy wydłubią mnie kumple albo strażacy.
Nie jarać fajek na dnie (nie chodzi o żadne wybuchy, lecz o to, że papieros jest konkurentem człowieka w zdobywaniu powietrza, a w zamian daje sporo smogu). Jarałem czasem na dnie studni, ale co to było za jaranie - nie smakowało, a zadyma wisiała potem przez 10 minut.
Od czasu do czasu zapalić zapalniczkę.
Jeśli zapalniczka ma problemy z zapaleniem się albo płomień jest jakiś dziwnie niemrawy to (albo zamokła) albo trzeba szybko wyjść na spacer. Podobnie, gdy zaczyna boleć głowa (kołatanie w skroniach) albo nasz oddech jest dziwnie coraz szybszy (bo powietrze ma coraz mniej tlenu, więc musimy wdychać wiecej, żeby zaabsorbować odpowiednią dawkę).
Większość studni w których pracowałem była dość bezpieczna pod względem jakości powietrza, ale były wyjątki. Myślę więc, że do większości z nich można się dobrać bez żadnych ceregieli, a dopiero gdy zaczną się jakieś czary - próbować je odczyniać.
Trzeba pamiętać, że w studniach jest sporo innych zagrożeń - np. zwyczajny uraz, choćby od uderzenia w głowę spadającym wiadrem. W takich warunkach akcja ratowania nieprzytomnej osoby to jest naprawdę złożona sprawa i trzeba mieć to na uwadze biorąc się za robotę w studni. Dlatego warto mieć u góry prosty zestaw do tamowani i opatrunków, żeby rzucić gościowi na dół a nie proponować facetowi z krwotokiem tętniczym (zaciąłem się łopatą przy goleniu chłopaki), żeby wyszedł na górę (czasem kilka minut) to coś z tym zrobimy, albo pojedziemy na pogotowie.
Ale to wcale nie jest takie straszne jak wynika z mojego tekstu :)
Test
|