|
Ostatnie artykuły w prasie, pogłębiająca się nienawiść do eksploratorów nasunęły mi pewne przemyślenia. Otóż uważam, że jedną z przyczyn okradania stanowisk archeologicznych (prawdopodobnie główną) jest chęć zysku. Chęć zysku bierze się stąd, że jest duży popyt na takie znaleziska.
<BR>
<BR>Tak sobie myślę, że państwo, zamiast zastanawiać się nad ukróceniem eksploratorów mogłoby np. ukrócić sam proceder. Mam na myśli zalegalizowanie handlu takimi starożytnościami, ale ze strony muzeów. To znaczy, może już odpowiednie na to prawo istnieje (nie znam się), ale chodzi mi o to, aby archeolodzy wyzbywali się na rynek kolekcjonerski niektórych ze zdobytych artefaktów. Muzea są biedne i mają przepełnione magazyny. Nie wierzę, że każdy eksponat jest im bardzo potrzebny i że każdy znaleziony przez archeologa przedmiot to "jedyny i niepowtarzalny" egzemplarz. Przecież z niektórymi rzeczami może jest tak jak z boratynkami - jest tego masa, więc i cóż z tego, że są stare? W tym momencie, gdyby rynek kolekcjonerski został zasilony przez archeologów, to zmalałby popyt na starocie i ludzie mniej by okradali stanowiska. Z drugiej strony taka sytuacja nie musi być naganna. Po pierwsze - jak wspomniałem, nie wszystkie znalezione rzeczy muszą być potrzebne, wiele z nich trafia do pudełek i po wsze czasy leżą gdzieś w piwnicach i magazynach. Po drugie - prywatne kolekcje mogą się lepiej rozwijać od muzealnych. Myślę, że najlepszym na to przykładem może być kolekcja monet Czapskiego.
<BR>
<BR>Co wy na to? [addsig]
|