Witajcie
Natchniony tematyką wątku "Rabusie kontra archeo"
(
viewtopic.php?t=7330 )
postanowiłem podzielić się z Wami moimi rozterkami.
Jak trudno uzmysłowić sobie, że to
już stanowisko archeo...
Właściwie znalezienie pojedynczej fibuli
uzasadnia do stwierdzenia, że znajdujemy
się na stanowisku archeologicznym
(bo szansa, że pochodzi ona z wyposażenia
grobowego jest taka sama albo większa,
że została zgubiona).
Przecież często bardzo istotne, wartościowe
dla nauki i rozbudowane przestrzennie
stanowiska archeologiczne, składają
się z kilku przedmiotów wykonanych z metali
(może ich nie być czasem w ogóle). Reszta
to przedmioty i warstwy nieuchwytne dla
wykrywacza. Przy tym należy pamiętać, że
nasze wykrywacze widzą tylko część
ewentualnego zespołu przedmiotów.
Odłamki ceramiki na ornym polu to także
już wystarczający sygnał, że jesteśmy
na stanowisku.
Ktoś prezentuje starożytny przedmiot,
ale AKURAT w jego przypadku nie pochodzi
on ze stanowiska archeologicznego, bo...
został znaleziony na łące, albo na polu,
albo w lesie :). Takie myślenie jest
podbudowane li tylko wiarą i dobrymi
intencjami znalazcy, a wiadomo, że wiara
czyni cuda, a dobrymi chęciami jest
wybrukowane piekło.
Ktoś mówi, że w miejscu, w którym znalazł
starożytny bądź średniowieczny przedmiot
na pewno nie ma stanowiska archeologicznego,
bo... No, właśnie, bo co? Bo nie tam tablicy,
bo to jest pastwisko i na oko nie wygląda
na miejsce bytowania bądź pochówku ludzi
przed setkami lub tysiącami lat?
Mam świadomość, że to jest zakładanie sobie
pętli na szyję, ale powiedzmy sobie raz prawdę,
szczerze i do bólu...
Nie mam racji?
:pa
Test