Cytuj:
Podziemne miasto w getcie: gdzie i jak powstały bunkry
Na powierzchni setki gęsto stojących kamienic z mrocznymi podwórkami - studniami, a pod ziemią labirynty schronów, bunkrów, przejść między piwnicami i tuneli. Teren getta tuż przed wybuchem powstania przypominał kretowisko
Bunkry w getcie nie miały charakteru bojowego. Bardziej pasowałaby do nich nazwa "schrony". Budowano je nie do walki, ale by ukryć się i ocalić życie w trakcie wywózek do obozów zagłady, a potem powstania wiosną 1943 r.
Autor jednego z pamiętników z getta Henryk Makower wspomina, że znał kogoś, kto przetrwał wielką wywózkę, ukrywając się w tapczanie. Ci bardziej przewidujący budowali skrytki. A ci, którzy mieli pieniądze, urządzali w piwnicach i pod podwórkami kamienic schrony lub bunkry. Gdyby nanieść je na plan getta, byłyby wszędzie. I to tylko te, o których wiemy. A przecież o większości z nich nie dowiemy się nigdy. Wymieńmy tylko niektóre, już z obszaru getta szczątkowego, z wiosny 1943 r.: przy Franciszkańskiej znajdowały się cztery duże schrony (nr 22, 27, 30, 37), tak samo przy Gęsiej (nr 3, 6/8, 18 na rogu z Okopową), przy Nalewkach osiem (14, 21, 23/25, 27, 34, 37, 38, 45), na Świętojerskiej pięć (28, 30, 34, 36, 38), na Wałowej sześć (2, 4, 6, 8, 10, 11).
Masowa budowa bunkrów zaczęła się na jesieni 1942 r. po wielkiej akcji wysiedleńczej. - Gdy getto prawie opustoszało, jasne stało się, że ci, którzy się ukryją, mają szansę na przeżycie. Ci, którzy zawierzyli papierom, zostali wywiezieni i zginęli. Getto zamieniło się w kretowisko już przed kolejną akcją wysiedleńczą w styczniu 1943 r. - opowiada historyk dr Jacek Leociak.
Trakty przebijane nocami
Potem następuje kolejny etap rycia. - Systematyczna budowa linii komunikacyjnych, przebijanie ścian między piwnicami. Tak tworzy się całe podziemne trakty - mówi Leociak. - Przejścia przebijane są też w ścianach dzielących kamienice czy ich strychy. W kwietniu 1943 r. w getcie jest już cała infrastruktura dróg, przejść i podziemnych schronów.
Budowa prowadzona jest w konspiracji, nocami. Ale przed mieszkańcami kamienic często trudno ją ukryć. Za milczenie nierzadko płaci się wpuszczeniem do schronu obcych osób. Chętnych na życie jest wielu. Więcej niż mieści się w środku.
Te projektowane przez inżynierów, którzy byli za to nieźle opłacani, budowane sporym nakładem środków bywały majstersztykami. Miały zapewnić możliwość długiego przebywania pod ziemią.
Konstrukcją i wyposażeniem jednego z takich bunkrów zachwycał się Jürgen Stroop, który dowodził w 1943 r. tłumieniem powstania w getcie. "Na głębokości dwóch pięter od powierzchni gruntu, zaopatrzony w nowoczesną, potrójną sieć wentylacyjną, z trzema źródłami zasilania w sieć elektryczną, z kuchniami, klozetami, prysznicami, dopływem wodociągów i studzienką artezyjską. Ponadto bunkier miał magazyny paliwa, zbiorniki wody, obszerne spiżarnie i chłodnie na wiktuały. Mądra konstrukcja. Bunkier był nad wyraz funkcjonalny. Miał też kilka wyjść przez długie korytarze oraz pancerne drzwi między izbami" - opowiadał po wojnie w więzieniu na Rakowieckiej Kazimierzowi Moczarskiemu, autorowi książki "Rozmowy z katem".
Gdy wybuchło powstanie, w wielkim kompleksie bunkrów przy Miłej 18 ulokowało się dowództwo ŻOB z Mordechajem Anielewiczem. - Żydowska Organizacja Bojowa nie zbudowała ich sama. Najpierw ich sztab mieścił się w schronie przy Miłej 29. Potem ŻOB-owcy zostali zaproszeni na Miłą 18 do bunkra sutenerów i złodziei - opowiada Jacek Leociak.
„Bunkier zbudowała szajka złodziei żydowskich, którzy połączyli szereg piwnic i przygotowali na czarną godzinę schron dla swych rodzin i przyjaciół. Była elektryczność, kuchnie i umeblowane pokoje dla przywódców szajki. Samuel Iser, który stał na czele tego »Związku zawodowego «, zgodził się na umieszczenie w bunkrze komendy ŻOB i wszystkich bojowników, którym mieszkania zostały spalone” - pisała w swoim pamiętniku Hela Rufeisen-Schüpper, która przebywała tam wraz z bojowcami.
"To był bunkier unterweltów, bandziorów, a wybudował go główny bandzior, niejaki Obert. Z nim były te wulgaryzm, które ciągle się ze sobą kłóciły, dopiero jak myśmy przyszli, to się zrobił porządek. Ale my byliśmy pierwsi po Bogu" - wspominał z kolei Marek Edelman.
- Złodzieje, prostytutki, sutenerzy przyjęli ŻOB-owców z otwartymi rękami, uważając to za nobilitację - dodaje Jacek Leociak.
Schron składał się z wielu pomieszczeń częściowo przekształconych z piwnic i połączony ze sobą zarówno przejściami wybitymi w ścianach, jak i specjalnie zbudowanymi tunelami. Wyposażony był w żywność i meble. W kwietniu 1943 r. każde z pomieszczeń zwanych pokojami miało nazwę nadaną im przez ŻOB-owców. Najlepiej zabezpieczony był "pokój betonowy" - to on zostanie oddany do dyspozycji dowództwa. Największe z pomieszczeń nazwano "gettem" i tam w kwietniu 1943 r. chroniła się ludność cywilna. Innym, z jakimś wisielczym poczuciem humoru, nadano nazwy obozów zagłady: Treblinka, Piaski, Poniatowa. "Były korytarze, przez które można było przejść swobodnie, ale były i takie, gdzie trzeba było mocno się schylić, by przejść. Przywódcy złodziei mieli dla swoich rodzin wygodne mieszkanie odległe od tego miejsca - ale nikt się na nich nie uskarżał. Wejścia do bunkrów były zamaskowane" - wspominała Hela Rufeisen-Schüpper.
Opisywała też samo wejście do schronu przy Miłej 18: "Weszliśmy na stos gruzu, który leżał między ścianami spalonych domów. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę, a potem jeden z drugim wciągnęliśmy się do wąskiego otworu wejściowego do bunkra. Zeszliśmy schodkami, czy drabiną i już byliśmy w pokoju straży bunkrowej".
Gdy 19 kwietnia Niemcy wkroczyli do getta, zostali przywitani ogniem. Zaskoczyło ich to tym bardziej, że walczący szybko znikali w labiryncie przejść i podziemnych korytarzy. Jürgen Stroop z pewnym podziwem mówił, że owszem, wyciągano z piwnic cywilów, ale żywych bojowców długo nie udało się schwytać. Niemcy ugrzęźli za bramami getta. Szef SS Heinrich Himmler był wściekły. "Reichsführer, zawsze delikatny i subtelny, wielokrotnie użył grubych słów" - wspominał Stroop.
Dowodzący pierwszego dnia akcją pułkownik Ferdynand von Sammern został zdjęty ze stanowiska. Zastąpił go Stroop. 23 kwietnia był przekonany, że powstanie dobiegło końca. Podzielił getto na 24 sektory, które miały być przeczesywane.
"Niemcy napotkali jednak na zawzięty opór. Po raz kolejny meldowano o Żydach ukrywających się w kanałach i na wozach, którymi wywożono trupy na cmentarz" - pisał Israel Gutman w książce "Walka bez cienia nadziei".
Od 27 kwietnia Niemcy zaczynają stosować nową taktykę walki. Zajmują systematycznie kolejne ulice, posuwając się o kilkadziesiąt metrów. Dom za domem ostrzeliwane są przez artylerię i podpalane miotaczami ognia. Niemcy starają się, by ogień posuwał się wraz z wiatrem. Ulice zamieniają się w piekło. Niemieccy snajperzy specjalizują się w strzelaniu do "spadochroniarzy", jak nazywają tych, którzy desperacko skaczą z dachów, balkonów i okien płonących kamienic.
Piekło na i pod ziemią
Po ataku artylerii, przejściu piechurów i podpalaczy ruszają grupy specjalne do odszukiwania i wysadzania bunkrów. W ich składzie są saperzy. "Większość bunkrów opiera się i broni. Trzeba wrzucać świece dymne, czasem użyć miotaczy płomieni. Wyciągamy Żydów z bunkrów. Segregacja. Likwidowanie opornych lub bezczelnych" - chełpił się Stroop.
Taktyka okazała się skuteczna. Ogień zatyka korytarze, odbiera tlen, zabija ukrywających się żarem i dwutlenkiem węgla. Schrony znajdujące się w piwnicach kamienic czy tunelach wykopanych pod podwórkami stawały się nieprzydatne, zamieniając się w gorące pułapki. Domy płoną aż do fundamentów, a beton, cegły oraz żarzące się szczątki powodują w bunkrach nieznośne gorąco. Ludzie rozbierają się niemal do naga. Nikt już się nie wstydzi, choć mężczyźni i kobiety siedzą obok siebie.
Tak było w tych lepiej zabezpieczonych bunkrach. Te bardziej prymitywne, pozbawione odrębnej wentylacji, ukryte za ścianami w piwnicach w trakcie pożarów nie dawały szans na przeżycie. Z tych miejsc nie ma prawie relacji. Nie ma fotografii. Można tylko sobie wyobrażać, że ludzie umierali tam nie tyle od ognia, co na skutek wdychania śmiertelnie gorących gazów, zatrucia dymem i tlenkiem węgla.
Po kolei padały bunkry na Nowolipiu, Lesznie, Nowolipkach i Niskiej. Ten przy Lesznie 74 zalany został wodą. Zaciekła walka trwała od 10 rano do zmroku na pl. Muranowskim. Tu resztki grup Żydowskiego Związku Wojskowego, dowodzone przez Dawida Apfelbauma, wspierał oddział AK kpt. Henryka Iwańskiego "Bystrego". Bunkier przy Franciszkańskiej 30 stał się miejscem ciężkich trzydniowych walk, prowadzonych przez grupy Hersza Berlińskiego, Jurka Blonesa, Marka Edelmana, Jurka Grynszpana i Henocha Gutmana. Do czasu, aż Niemcy użyli gazów bojowych.
Czasem ludzie nie wytrzymywali napięcia. W dużym schronie przy Świętojerskiej 38 schroniło się ok. 120 osób, choć pomyślany był dla najwyżej 60. Jak wspominał w pamiętniku Leon Najberg, słychać z niego było stukot butów patroli niemieckich, wystrzały i eksplozje granatów. Schron miał pięć pomieszczeń z pryczami, kuchnię z kotłem i bieżącą wodą, światłem i gazem. Była izolatka dla chorych oraz toaleta. Gdy zawiodły wentylatory, zgasło światło i czuć było ciepło od szalejących na górze pożarów, ludzie wpadli w panikę i zaczęli przebijać otwór w ścianie, by wyjść na zewnątrz. Wtedy do wnętrza buchnęły kłęby dymu i czadu.
Sny w pokoju betonowym
Gdy na górze trwała walka, pod ziemią w bunkrze przy Miłej 18 zajmowanym przez dowództwo ŻOB-u tłoczyli się cywile. Najwięcej w pokoju zwanym "getto". Mnóstwo dorosłych i dzieci. "Nie było łóżek. Ludzie mieścili się w nim w ciasnocie. Niektórzy siedzieli pod ścianą. Pokój był słabo oświetlony światłem elektrycznym. W pobliżu ubikacja i w kolejce stało przed nią dużo osób. W pokojach było strasznie gorąco i duszno, a w tym, który przylegał do kuchni, chłopcy zmuszeni byli rozbierać się do półnaga. Na legowiskach było tak ciasno, że gdy ktoś chciał się obrócić z boku na bok, wszyscy musieli to uczynić.
Świece często gasły z braku tlenu" - wspominała Hela Rufeisen-Schüpper.
Jak pisze, część bojowców w ciągu dnia spała. Wieczorem otrzymywali zadania. "Jedni mieli szukać żywności w opuszczonych domkach, których Niemcy na razie nie podpalili. Inni wychodzili na poszukiwanie kontaktów ze stroną aryjską, a jeszcze inni mieli znaleźć cały dom, z którego dachu lub okna będzie można walczyć z Niemcami" - czytamy.
Bywały i chwile weselsze. 1 maja pod ścianą na podłodze „pokoju betonowego” siedzieli Mordechaj Anielewicz, jego przyjaciółka Mira, Cywja Lubetkin, Jurek Wilner. Na posłaniach - sporo cywilów. „Cywja zawijała w papier machorkę. Pytali jeden drugiego, o czym śnili w nocy. Jeden powiedział, że śnił o kwiatach, drugi o owocach, trzeci o lesie, a inny o chlebie. Cywja przeczytała nam list od Jicchaka (Cukiermana). Pamiętam tylko pierwsze słowa tego listu: »Stoję pod murami i widzę płomienie palącego się getta i nie mogę na razie pomóc. Jakże żałuję, że nie jestem z wami! «. Z nami siedział Michał Rosengeld, działacz PPR, ubrany przypadkiem w czerwoną koszulkę. Ktoś zapytał, czy to z powodu pierwszego maja? Pewnie zjawi się rosyjski spadochroniarz i wybawi nas. Był to wisielczy humor. Siedzieliśmy, nucąc ulubione pieśni. Członkowie Akiby śpiewali wersety z psalmów, strofy Czernichowskiego i Bialika. Członkowie organizacji »Dror Haszomer Hacair « śpiewali piosenki rosyjskie i chalucowe” - wspominała Hela Rufeisen-Schüpper.
Bunkier przy Miłej 18 Niemcy odkryli 8 maja. Otoczyli go wraz z ukraińskimi żołdakami w mundurach formacji SS. Cywile opuścili bunkier, poddając się. Większość żołnierzy ŻOB pozostała w środku. Próbowali się ostrzeliwać w podziemnych korytarzach, ale podobnie jak w bunkrze przy Franciszkańskiej 30 Niemcy wpuścili do podziemi gaz trujący. Sytuacja stała się beznadziejna. Bojowcy popełnili zbiorowe samobójstwo. Około 50 z nich znamy z imienia i nazwiska. Wśród nich byli Mordechaj Anielewicz, Arie Wilner, Efraim Fondamiński.
Sondy tropią dźwięki
W spalonym getcie Niemcy wyszukiwali bunkry, które przetrwały nawałnicę ogniową. Kilka lat później Jürgen Stroop z fotograficzną pamięcią opowiada Kazimierzowi Moczarskiemu w celi więzienia na Mokotowie o odkryciu 28 kwietnia doskonale urządzonego schronu, z którego wyciągnięto około 300 cywili z dziećmi: "Byli to ludzie niegdyś bardzo wpływowi i ustosunkowani. Zaimponowali nam bunkrem, ale za to, że byli tacy sprytni i tak nam zaimponowali - dostali porządnie w kości".
Zapewne ten ostatni eufemizm oznaczał pobicie, rozstrzelanie lub wywózkę do obozów śmierci. Czy są to ci sami ludzie, których oglądamy na przejmującej fotografii z albumu Stroopa? Wyciągnięci z bunkra, wycieńczeni leżą na brzuchach niemal bez życia, jeden z mężczyzn stara się ochronić ramieniem młodą kobietę.
Jak mówił Stroop, bunkier udało się wykryć dzięki obserwacji terenu nocą, puszczaniu psów i stosowaniu sond akustycznych. "W ciągu dnia sondy niczego nie mogły wykazać, bo był powszechny hałas, ale nocą, gdy zapadała względna cisza, sondy wykrywały dźwięki rozmów i motorków elektrycznych w bunkrach. A psy (i jeden z SS-manów o nosie na wagę złota: miał fenomenalny węch i w cywilu był ekspertem w fabryce perfum) wyczuwały nocą, gdy nie było silnego wiatru, skąd ciągną się smugi zapachu z bunkrowych kuchni. W zakonspirowanym bunkrze można było grzać tylko niektóre produkty żywnościowe, wytwarzające nikłą woń przy gotowaniu" - tłumaczył Moczarskiemu.
Kilkanaście schronów Niemcom udało się zlikwidować dopiero na początku czerwca. W lipcu zniszczyli schrony przy Franciszkańskiej 27 (tragarzy), Nalewkach 21 (grupy Kaniela), Nalewkach 27, Wałowej 11. W sierpniu upadły te przy Nalewkach 23. Do września dotrwał schron przy Gęsiej 18 i Pawiej 22, zaś w tym przy Szczęśliwej 5 Dawid Fogelman ukrywał się aż do wybuchu Powstania Warszawskiego.
Tunelem na aryjską stronę
Przed wybuchem powstania istniały co najmniej cztery tunele łączące getto ze stroną aryjską. Dwa pod Lesznem - spod kościoła Karmelitów na Karmelicką i z piwnicy kamienicy pod nr 71 na teren szopów Tobbensa i Schultza, kolejny pod Bonifraterską przy Franciszkańskiej. Jednak najbardziej znany znajdował się pod Muranowską pomiędzy kamienicami pod nr 6. Tunel wydrążony został przez Żydowską Organizację Wojskową. "Wzdłuż muru getta przechadzali się łotewscy żołnierze z karabinami gotowymi do strzału na wypadek ukazania się Żydów w oknach domów naprzeciwko" - pisała Alicja Kaczyńska w książce "Obok piekła".
Budowa trwała ok. trzech miesięcy, do października 1942 r. Początkowo kierowali nią inżynierowie, lecz gdy natknęli się na ukryty pod ziemią kanał lindleyowski, zrezygnowali. Mimo to tunel powstał. Był oświetlony i obłożony kołdrami tłumiącymi dźwięki.
W sprawę wtajemniczony był dozorca domu. W jego służbówce oczekiwano w nocy, by przejść tunelem na drugą stronę. Marian Apfelbaum w książce "Dwa sztandary" wspomina, że to właśnie tędy do getta przeprowadzono Jana Karskiego, kuriera i specjalnego wysłannika rządu polskiego na uchodźstwie.
Gdy wybuchło powstanie, Żydzi wykorzystywali biegnącą pod całym miastem sieć kanałów budowanych od czasów Lindleya do łączności pomiędzy poszczególnymi obszarami getta oraz ewakuacji z zagrożonych terenów. Ponad rok później w podobny sposób kanały wykorzysta Armia Krajowa w Powstaniu Warszawskim.
Gdy wybuchło powstanie, Żydzi wykorzystywali biegnącą pod całym miastem sieć kanałów budowanych od czasów Lindleya do łączności pomiędzy poszczególnymi obszarami getta oraz ewakuacji z zagrożonych terenów. Ponad rok później w podobny sposób kanały wykorzysta Armia Krajowa w Powstaniu Warszawskim.
Jedno z zamaskowanych wejść do kanałów znajdowało się w bunkrze Bundu przy Franciszkańskiej 22. Stąd na stronę aryjską na początku maja 1943 r. przechodziła Hela Rufeisen-Schüpper. "Wskakujemy jeden z drugim do kanału, a serce bije ze wzruszenia i ze strachu. W tej chwili rozległ się mocny odgłos wybuchu, który przeciągłym echem wstrząsnął przestrzeń. Stanęliśmy jak skamieniali. Może zawrócić? Ale echo przeminęło i znów nastała cisza. Idziemy za przewodnikiem. Woda sięga w niektórych miejscach do kostki, w innych po kolana. Zawiązałam brzeg spódnicy w pasie, żeby nie zmokła. Jest ciemno. Mamy kilka świec i świecimy jedną z nich. Chodzimy pochyleni i tylko w niektórych miejscach można się wyprostować. Od czasu do czasu stajemy na znak przewodnika, aby nasłuchiwać, czy nie ma podejrzanych odgłosów, a czasem, by odpocząć" - czytamy w jej wspomnieniach.
Niemcy podejmowali próby zatapiania kanałów, ale mało skuteczne. Do otwartych włazów wrzucali świece dymne i petardy. Nie stanowiły śmiertelnego zagrożenia, ale ludzie zawracali, bojąc się, że to gazy trujące.
Źródło:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34 ... .html?as=1Tam też kilka zdjęć.