|
Sebastian804 dobrze mówi-w każdej opowieści jest ziarnko prawdy. Lata temu dowiedziałem się od "naocznego świadka", że tu-i-tu jest utopiony mały czołg. I dalej standardowo-zima, czołg jedzie, wjeżdża na łąkę, trafia na zamarznięte bagienne bajoro i tonie. Normalka, jak to na wojnie. Latem pojechałem w to miejsce. Obiecujące, jak mało które. Prawie 100% zgodności z opisem. I gdy tak sobie oglądałem teren, podjechał do mnie facet, na oko 65latek i nawiązaliśmy rozmowę. Od słowa do słowa przyznał się (bez bicia), że jest od zawsze właścicielem tego terenu (z przerwą na spółdzielnię rolniczą, która się rozleciała). A praktycznie odziedziczył po ojcu a wcześniej właścicielem był jego dziadek. Czyli osiedli tu dawno. Gdy spytałem o czołg i opisałem gościa, który mi historie opowiedział-to facet trochę się zagotował. A potem powiedział, że "naoczny świadek mógł mieć w 45tym jakieś trzy latka i g... pamięta. A w wodzie faktycznie leżał sprzęt. Na gąsienicach. Ale to był specjalnie przystosowany do wydobywania torfu spychacz, który w latach sześćdziesiątych zsunął się do wody i wywalił na plecy grzebiąc operatora. Leżał przez kilka miesięcy a gąsienice było pod wodą widać. Potem został wydobyty. I tak narodziła się legenda o czołgu. I została uśmiercona po latach :(
C.
|