|
Dziękuję bardzo, czuję się zobowiązany do kilku słów wyjaśnień, więc było to tak.....
Piękny poranek, godzina 5.30 rano, jak co roku o tej porze wybrałem się na ulubiona miejscówkę, miejsce jak wiele innych do których lubimy wracać, z przyjemnym piaskiem z którego monetki wychodzą z nienaganną patynką i które zawsze czymś zaskakuje, żadnych domostw wokół, cisza i spokój, tylko szum rzeki burzył spokój tej tej ciszy, rzeki która od wieków była granicą pomiędzy Śląskiem i Rzeczpospolitą. Tym razem było wyjątkowo bo zamiast wyciągać boratynki i inne miedziaki różnej maści pomyślałem że warto może dla odmiany pochodzić po śląskiej ziemi, a nuż coś się trafi; słońce wznosiło się coraz wyżej a mnie coraz bardziej opuszczała nadzieja....fenisie, znowu fenisie, nic tylko one wyskakiwały, myślę sobie: chrzanię to wracam do boratynek, zacząłem po ukosie schodzić z pola w stronę samochodu, z ręką na wyłączniku mojego fisherka i wtem piii piiii..... zagadał. Kolejna myśl jaka przebiegła : dobra niech będzie, ostatni dołek na tym cholernym polu i schodzę. Kop na sztych łopaty i wyskoczył....Pierwsze uderzenie gorąca uderzyło mnie gdy monetka zdecydowanie większa niż feniś wyskoczyła z dołka, hmmm co my tu mamy George Wilhelm 1624?....ort? cały w zielonej cholerze zwanej grynszpanem, od razu pomyślałem o słowach które usłyszałem kiedyś "orty nie lubią być same" ha zwłaszcza te w zielonym kolorze, dodałem od siebie. Zacząłem systematycznie przeszukiwać teren, wykorzystując wszystkie możliwe kombinację ustawień w wykrywaczu, pot zalewał mi oczy a ja wyciągałem kolejne....wszystko rozciągnięte w warstwie ornej o powierzchni może 15 x 5m. Jeszcze tam wrócę ale to już po orce.
|