https://poszukiwanieskarbow.com/forum/ |
|
| Bieszczady26.06 https://poszukiwanieskarbow.com/forum/viewtopic.php?f=34&t=5208 |
Strona 1 z 1 |
| Autor: | mirek [ sobota, 29 maja 2004, 23:20 ] |
| Tytuł: | Bieszczady26.06 |
jakis czas temu zapraszałem na organizowana przeze mnie imprezkę (http://www.biegi.pl/aktual/akt71.html), a dzisaj zamieszczam dla zainteresowanych mały reportaz z tejże. może wkrótce dołącze zdjęcia :) pozdrawiam! Cytuj: Do udziału w I Biegu o Puchar Rzeźnika zgłosiło sie ostatecznie 10 osób, 4 drużyny i dwóch zawodników niezrzeszonych, którzy, ze względu na regulamin biegu, biegali razem jako jedna drużyna. Start odbył sie kilka minut po wschodzie Słońca, o 3.24, z przed kościoła w Komańczy.
Uczestników biegu na trasie asekurowały dwa samochody – tutaj wielkie podziękowania za pomoc – które podawały zawodnikom napoje izotoniczne oraz posiłki na czterech punktach regeneracyjnych (tam, gdzie trasa biegu przecinała drogi, pom których dało sie jecahc samochodem). Pogoda była własciwie idealna – chłodno i pochmurnie, ale bezdeszczowo. Deszcz padał w nocy przed biegiem. Trasa prowadziła częściowo przez las, a częśćiowo połoninami. W niektórych miejscach dość błotnista: na początku (od ok. ósmego do mniej wiecej 15go kilometra – podejscie na Chryszczatą) i mniej więcej pomiędzy 50ym a 55ym kilometrem (podejście na Smerek), na długich odcinkach kamienista. Podejścia i zejścia miejscami bardzo trudne i strome, suma przewyższeń ponad 3500m (wg. wskazań GPS). Ogólnie—trasa ciężka i długa. Blisko 75km wg. wskazań GPS. Jak to powiedział jeden z uczestników: wulgaryzm, ale to jest wysoko i daleko! Jarosław Bieniecki (1980), Adam Postek (1980) – OTK Rzeźnik (drużyna I) - 11h24min Jerzy Natkański (1954), Piotr Morawski (1976) - Klub Wysokogórski Warszawa - 11h36min Mirosław Bieniecki(1975), Arkadiusz Załęcki (1975) – OTK Rzeźnik (drużyna II)- 11h46min Sławomir Żółkowski (196?) – niezrzeszony – 13godzin 20minut Grzegorz Tarczyński(1974), Jerzy Wyka(1976) - Maraton Pęgów – 13godzin 30minut Grzegorz Witkowski (1957) – niezrzeszony- nie ukończył z powodu kontuzji. Moja refleksja z biegu... Na starcie zabrało się nas w końcu 10 osób, pięć drużyn po dwóch zawodników. Ja biegałem z Arkiem Załęckim, z którym wcześniej byłem kilka razy w Bieszczadach, ale pochodzić tylko, nigdy biegać. Asekurowaly nas 2 samochody (jeden dzięki uprzejmości kibiców Klubu Wysokogórskiego, którym raz jeszcze serdecznie dziekuję za pomoc!) z napojami, jedzeniem, etc. Start w Komańczy o 3.15, a tak naprawdę o 3.25, parę minut po wschodzie Słonca. Początek, czyli odcinek poniędzy Komańcza a poczatkiem podbiegu na Chryszczata biegniemy spokojnie. Do samego podbiegu pod Chryszczatą dobiegliśmy właściwie wszyscy razem, z tym, że Arek i ja na końcu stawki, przed nami na prowadzeniu Jarek Bieniecki z Adamem Postkiem, czyli nasi klubowi koledzy, za nimi drużyna Klubu Wysokogórskiego, dalej drużyna Maratonu Pęgów oraz Grzegorz Witkowski i Sławek Żółkowski, którzy wobec braku własnych druzym biegali razem jako „niezrzeszeni z Warszawy”. My, jak wspomnialem, na końcu, ale na razie wszyscy w zasiegu wzroku. Pierwszy powazny podbieg. Całą noc i parę dni wcześniej lało, wiec podbieg na Chryszczata błotnisty, poprzecinany strumieniami. Miejscami biegniemy po ścieżkach, którymi zwozi się drewno z lasu. Stromo i błoto. Trasa biegnie głównym bieszczadzkim szkaliem, ale mimo to miejscami jest źle oznaczona. Wszyscy oprócz Jurka i Grzegorza z Maratonu Pęgów gubimy sie na podejsciu. Tracimy czas, nadkladamy, ale spoko, znajdujemy szlak i lecimy dalej. My tracimy w sumie niewiele, ale zawodnicy z klubu wysokogórskiego i młodzi Rzeźnicy nadkładaja prawie 15 minut. Jeziorka Duszatyńskie witamy o brzasku-- pięknie, brak słów - w przewodniku bieszczadzkim jest zdjecie tych jeziorek o świcie. Polecam tym, którzy nie widzieli. Tam nas doganią Rzeźnicy którzy zgubili się gdzieś wczesniej i teraz nadganiają. Powoli robi się coraz stromiej i nagle, kiedy rozmawiamy z doganiajacymi nas własnie Grzegorzem i Jerzym – bum i jestesmy na Chryszczatej. Nawet jej nie zauważylismy. To nas podbudowuje. Biegniemy teraz pelni nadziei, ze może damy radę. Obstawiamy, że uda nam sie przebiec trasę w ok.10 godzin. Jurek i Grzegorz tydzień wcześniej biegali 100km w Boguszowicach i pobiegli cos koło 13 godzin, liczymy więc, ze na 70 damy odpowiednio mniej. Wszyscy z którymi rozmawiamy jak nas mijają są nastawieni optymistycznie, nikt nie zakłada czasu dłuższego niż 10 godzin. Po jakims czasie dobiegamy na przełęcz Żebrak. Postój, napoje, etc. Żałuję, że zostawiłem koszulkę z długim rękawem w drugim samochodzie, bo okazuje się, że nie jest aż tak ciepło. Młodzi Rzeźnicy są podobno 10 minut przed nami. Biegniemy. Po chwili przed nami kierunkowskaz - tabliczka z napisem Wolosań 1,5, Cisna [zamazane]5h, zakładamy, ze ktoś wymazał liczbę 1 sprzed 5, ze to miało być 1,5h. Biegniemy. Byle do Wolosania, potem juz z górki. Po jakims czasie stromy podbieg - jest Wołosań! teraz w dół. Zbiegamy, aby po chwili znowy podbiegać – czyzby drugi Wołosań. Trzeci. Czwarty. Piąty. Cholera, dłuży się! gdzie ten Wołosań!?! Siódmy, ósmy... wreszcie widać dolinę, jeszcze kawałek przez las i nagle droga wali prosto w dół pod wyciagiem narciarskim Zbiegamy pod wyciągiem, potem jeszcze kawałek żwirową droga i dobiegamy do samochodu. Po 4 godzinach i 24 minutach od startu dobiegamy do Cisnej. Jesteśmy z Arkiem sami, jedna drużyna za nami, trzy przed. Napoje, banany, snickersy, zmiana koszulek, etc. Arek biegnie dalej, ja zostaję zmienić skarpetki. Gubię sie potem jeszcze na pare minut szukając wyjscia szlaku z Cisnej i doganiam go dpoiero pare kilometrów dalej na podbiegu pod Jaslo - też właśnie zgubił trasę. Parę metrów przed nami są Jurek i Grzegorz. Grzegorz ma jakiś problem z nogą, ale będzie kontynuował. Mijamy ich na podbiegu. Na Małe Jaslo wbiegamy nawet dość szybko, potem dalej, otwartymi połoninami. Po drodze mijamy źródełko pod Jaslem, niestety, mimo deszczowej podody w ostatnie dni żródełko nie jest zbyt obfite. Arek biegnie dalej, ja próbuje nabrac do bidonu choc troche wody, ale wody prawie nie ma, zresztą, obaj biegniemy z butelkami z napojem izotonicznym i tak naprawde mamy jeszcze co pić. Liczymy, ze Jaslo to polowa drogi. Jest 9.10. 5.45h na trasie, czyli mamy pół godziny zapasu. Niewiele mając na uwadze to, że zaczynamy odczuwać zmęczenie, a przed nami najgorsze. Biegniemy dalej, coraz częściej przechodzimy coraz dłuzsze odcinki. Przed nami piekne widoki, ale nie widać nikogo. Ani naszych zawodników, ani turystów. Od rana nie widzielismy jeszcze ani jednego turysty. W końcu dobiegamy na Jaslo. Ale widoki! Patrzymy chwile wokoło a potem truchtamy dalej, na szczyt Okrąglika. Tam znowu tracimy cenny czas szukając własciwego szlaku. Znajdujemy, biegniemy dalej, na Fereczatą. Ja mam kryzys. Schodzę sporą część. Obaj modlimy sie o podejście, żeby odpocząć od tego zbiegu. Zbiegi są najgorsze. Nabijaja mięsnie ud, bolą kolana. Po dłuższym zbiegu podejscie to dla nas synonim odpoczynku. Poza tym, jak jest pod górke to mamy pretekst, zeby iść, nie biec. Zbiegi są najgorsze. Nogi bolą jak diabli. Tak jak ja na poczatku poganiałem Arka, tak teraz Arek pogania mnie. Zbiegamy, schodzimy, a przed samym Smerekiem znowu gubimy szlak i nadkładamy około 2km po asfalcie. Ja biegnę, Arek idzie. Czekam na niego przy samochodzie. W Smereku mamy czas 7 godzin i 10 minut. Arek nie chce się zatrzymywać, pije tylko, bierze w rekę banany, snickersy i idzie dalej. Ja siedze jeszcze chwilę i gonię go truchtem. Mamy dość. To już ponad 50km. Idziemy po asfalcie! Nie jest dobrze. Młodzi Rzeźnicy są podobno 35 minut przed nami. Na podejściu pod Smerek utwierdzam się, że nie damy rady złamac 12 godzin. Jest cieżko. Błoto, zwózka drewna, stromo... spotykamy pierwszych turystów. Ooo--przestraszyłam się, nie wiedziałam, że ktoś oprocz mnie tak wcześniej wychodzi na szlak – mówi mijana turystka. Arek tłumaczy jej skąd biegniemy i kiedy wystartowalismy, ale chyba nam nie wierzy. Jest już przed jedenastą. Mamy niecałe 5 godzin, żeby się zmieścić w dwunastu godzinach. O Ambitnych założeniach pt. „10 godzin” zapomnieliśmy już dawno. Własciwie to już przestajemy liczyć i na 12, ale... Ale Smerek wchodzi, podejście strome, tak, że chwilami podpieramy się rękami i ... jesteśmy na Smereku! Niedaleko przed nami Przełęcz Orłowicza. Dobiegamy tam, mijamy przełąęcz i znowu się wspinamy – tym razem na Połoninę Wetlinską. Grzbietem połoniny biegnie kamienista ściezka. Co chwilę sie potykamy. Arek wali orla, ale wstaje- żywy. Biegnąc liczymy, że jeśli uda nam się dobiec do schroniska na okolo 12.45 to zbieg zajmie nam 30-40 minut i bedziemy mieli 1.40 na Połoninę Carynską. A koniec połoniny już tuż tuż. Jeszcze jeden podbieg i jest schronisko! Zbiegamy do Berehow. Biegniemy trochę otępiali ale Arek na chwilę włącza mózg i liczy, że 1.40 na Caryńską, która ma 9km, to mało, biorąc pod uwagę to, że Połoninę Wetlińską, która ze Smerekiem liczy kilometrów 16, przebiegniemy w ponad 3 godziny. Rzeczywiście. Mało czasu. Nie zdążymy. Trzeba się spreżać. Dzwoni Jarek z pierwszej druzyny Rzeźnika - są ok. 40minut przed nami. Nastepni- Klub Wysokogórski - zaraz za nimi, potem my. Grzegorz z drużyny niezrzeszonych odpadł w Smereku – kłopoty z żołądkiem. Jego partner dołaczył do Grzegorza i Jurka, którzy mają do nas blisko godzinę straty. Kiedy stajemy przy aucie w Berehach Górnych mamy czas 10 godzin i 16 minut. Arek chyba nawet się nie zatrzymuje tylko zaczyna podchodzić pod Połoninę Caryńską. Ja zostawiam cały sprzęt, który dotychczas dzwigałem-- mapy, opatrunki, wodę, etc. teraz już trasa jest prosta, końcówka, można powiedzieć. Bierzemy tylko małą butelkę napoju i telefon -- na wszelki wypadek. Obaj ledwo stoimy na nogach. Ja zmieniam jeszcze buty na lżejsze, zdejmuję bandaż (coś mi chrumknęło w kolanie przy zbiegu z Połoniny Wetlinskiej) i gonie za oddalajacym sie Arkiem. Podejście. Znak, że jest 1.15h do szczytu. Wchodzimy/wbiegamy to w niecałe 40 minut. Na scieżce kamienie, po którch ciężko nawet chodzić, ale szczytu widać już scieżkę po której, zdaje się, da się biec. Biegniemy. Słaniamy sie na nogach, mieśnie bolą jak cholera, ale --- okazuje się, że da sie jeszcze kawałem pobiec. Biegniemy prawie przez całą połoninę, ludzie patrzą na nas jak na idiotów (ciekawe jak daleko są od prawdy?). Dobrze, że szlak trawersuje ostatni fragment grani. Ustrzyki 1,15h. Zbiegamy pochyłą sieżką w kierunku lasu. Do 12 godzin zostało 40 minut. Znak 1h do Ustrzyków. Biegniemy w dół. Teraz już wiemy, że mamy szansę złamać 12 godzin. Byle się teraz nie zabić na tym ostatnim zbiegu. Zbiegamy jak wariaci, ludzie mówią, że w tym tempie skończymy w 10 minut. Czyjemy się pocieszeni, a most w Ustrzykach coraz bliżej - nie widać go ale gdzieś tam jest... Już wiemy, że będzie poniżej 12 godzin, luzujemy trochę, truchtamy tylko powoli i... wreszcie jest! Most-meta w Ustrzykach. Godzina 15.11. 11godzin i 46 minut. Młodzi Rzeźnicy dobiegli 22 minuty wcześniej, ci z klubu wysokogorskiego - 10 minut przed nami. 35 minut po nas— Sławek – dotychczas niezrzeszony po tym biegu już zawodnik OTK Rzeźnik, a dziesiec minut później—chłopcy z Maratonu Pęgów. Zrobiliśmy to! przebiegliśmy Czerwony szlak w mniej niz 12 godzin. Wygraliśmy 3 skrzynki piwa od tych, którzy nie wierzyli, że nam sie uda! |
|
| Strona 1 z 1 | Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ] |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ |
|