|
Witam.
Wybraliśmy się dzisiaj z dwójką znajomych na poszukiwania tych....ekhm...no, jak im tam...meteorytów!
Chodzimy, szukamy, i nagle na środku łąki zobaczyłem jastrzębia...zobaczył go również mój pies i natychmiast pobiegł w jego stronę z niewątpliwym zamiarem zaprzyjaźnienia się :zdr
Jastrząb okazał się raczej mało towarzyski, widać było również, że nie może odlecieć, pomimo, że bardzo chciał.
Odwołałem psa, zawołałem kolegę i we dwójkę złapaliśmy ptasiora, nakrywając go kurtką.
Chciałem go zawieźć do ZOO, kiedy jednak tam zadzwoniłem poinformowali mnie, że nie zajmują się takim przypadkami - podali mi jednak namiary na ludzi, którzy leczą, rehabilitują i wypuszczają na wolność ptaki drapieżne. Tam już bez żadnych problemów kazali przywieźć ptaka.
Żal było odjeżdżać bez żadnego, no...tego...jak mu tam... meteorytu, więc zostawiliśmy jastrzębia w kartonowym pudle w pobliskim, zaprzyjaźnionym gospodarstwie i ponownie ruszyliśmy w teren.
Daleko nie uszliśmy - po przejściu 200 metrów natknęliśmy się na malowniczą grupkę, składającą się z dwóch nastolatek i trzech psów - wilczura, wyżlicy i niesamowicie brudnego kundla.
Dziewczyny poinformowały nas, że żaden z psów nie należy do nich - znalazły je dwa dni wcześniej i próbowały pielęgnować.
Sytuacji nie poprawiał fakt, że wilczur miał złamaną przednią łapę (z przemieszczeniem) :o , a wyżlica miała cieczkę.
Kundel był zdrowy i chyba miejscowy, a znalazł się tam bo wyżlica miała cieczkę... :luv
Sprawa kundla rozwiązała się bardzo szybko - był na tyle nieostrożny, że zawarczał na mojego Silvera :666 ...po 30-stu sekundach uciekał z podkulonym ogonem i wyciem w stronę wsi.
Jeden problem mniej... z pozostałymi psami już tak prosto nie było.
Wilczur nie był w stanie chodzić - przyniosłem z samochodu koc i kolega razem z małolatami zaniósł na nim psa do swojego auta. Wyżlica cały czas im towarzyszyła :1
Zapakowali pa do auta i pojechali do najbliższego weterynarza - ja wróciłem w pola po sprzęt.
Wyżlica nie zmieściła się do samochodu - próbowała przez jakiś czas biec za nim, po chwili jednak odpuściła i dobrze, bo mogła wpaść pod inny samochód.
Weterynarz okazał się kumaty - powiedział, żę parę dni temu gościowi z miejscowości oddalonej o parę kilometrów zaginął wilczur - ale to chyba nie ten, bo tamten zwiał razem z wyżłem z którym się chował!
Kolega szybko wsiadł w auto i wrócił na miejsce gdzie została wyżlica...była!!! :he
Siedziała dokładnie w miejscu w który wkładali wilczura do auta!
Wyobraźcie sobie - dwa dni pilnowała swojego przyjaciela, który miał złamaną łapę i nie mógł się ruszać, nie odchodząc od niego na krok!!!
Anioł :ang nie pies!!!
Wiadomo, wyżeł :jump !!!!
Jastrząb również trafił w dobre ręce i za parę dni powinien być wypuszczony.
Ekhm.. meteorytów nie było już kiedy szukać - wróciliśmy z pustymi rękami :nicnie
Na dodatek, w myśl zasady, że "każdy dobry uczynek musi zostać ukarany" już po raz drugi złamała się rurka w GTI, którego używam do poszukiwania tych,...no, jak im tam...meteorytów!
Ale to jest pikuś - generalnie był to bardzo udany dzień :1
Pozdrawiam - jankos.
|