|
za onetem:
Strefa śmierci
W bunkrach czai się śmierć
To jedno z najbardziej niesamowitych miejsc w Polsce. I najbardziej niebezpiecznych. Ci, którzy chcą odkryć jego tajemnicę, giną śmiercią tragiczną. W poniemieckiej wytwórni prochu, leżącej nad Nysą Łużycką koło miejscowości Brożek, niecałe sto kilometrów na zachód od Zielonej Góry, zginął w kwietniu 37-letni Edward K. z Tuplic. Rok wcześniej – dwóch studentów. Wszyscy trzej stali się ofiarami wybuchów. Co eksplodowało – do dziś nie wiadomo.
RAFAŁ JABŁOŃSKI 2004-06-25
Min nie brakuje
Oficjalnie, powojenną akcję rozminowywania Polski zakończono w 1956 roku (na Przełęczy Dukielskiej). Przez 12 lat zebrano: 15 milionów min i 60 milionów pocisków artyleryjskich. Jednak śmierć czai się w ziemi do dziś. Tylko w 2003 roku unieszkodliwiono: 28 tysięcy bomb lotniczych i pięć tysięcy min.
– Każdego roku znajdujemy kilkanaście dużych miejsc z amunicją z czasów wojny – tłumaczy major Grzegorz Szulc z Szefostwa Inżynierii Wojskowej. W latach 40., z powodu wejścia na minę lub rozkręcania niewypałów, każdego dnia ginęła przeciętnie jedna osoba. W następnej dekadzie – średnio jedna na tydzień. Teraz, co roku, podczas manipulowania niewypałami ginie około 10 osób.
Ale po ostatnim nieszczęściu władze zdały sobie sprawę, że z dawną fabryką prochu, mieszczącą się prawie w 400 tajemniczych bunkrach, rozrzuconych po 400-hektarowym lesie, nie ma żartów. Kapitan Zygmunt Moliński dowodzi trzydziestoma saperami z Głogowa, którzy jednak przyjechali tylko rozminowywać teren – czyli usunąć niewypały, których w okolicznych lasach i na terenie samej fabryki są dziesiątki – pozostałość z walk o Nysę Łużycką. Tymczasem trzej mężczyźni zginęli w wyniku wybuchu niezidentyfikowanej substancji, a nie z powodu niewypałów. Ale rozkaz jest rozkaz – żołnierze rozminowują, co im kazali.
Ekipa saperska pracuje pełną parą. Starszy sierżant Wiesław Bagiński znalazł właśnie granat moździeżowy i naboje z czasów wojny. Żołnierze pracują w zespołach czteroosobowych; dwóch przeszukuje teren, dwóch ich asekuruje. Po pół godzinie zmieniają się. Jest też trzyosobowa grupa chemików, sprawdzająca bunkry i zbierająca próbki.
Jeden z żołnierzy tłumaczy, że w fabryce robiono tylko proch i to przez niego zginęły te trzy osoby. Bunkry straszą okolicznych mieszkańców, ale też przyciągają poszukiwaczy skarbów. Część betonowych konstrukcji jest zasypana ziemią, część stoi w rzędach, niczym niezwykłe, smutne domy, o bardzo grubych murach. A wszystko zarośnięte bujną roślinnością. Tego miejsca nie było na starych mapach. Było owiane tajemnicą. Teraz, choć jest, właściwie także go nie ma. Mało kto bowiem zwróci uwagę na pozornie bezsensowną plątaninę dróg.
– Fabryka stała się dla ludzi symbolem, tak jak Strefa z książki braci Strugackich „Piknik na skraju drogi”. Tam kosmici pozostawili ślady swojej bytności, jakieś urządzenia służące nie wiadomo do czego. Tu też coś się czai. Tyle że pod ziemią. Wchodzi się zupełnie jak do Strefy, bo nikt nie wie, czy stąd wyjdzie – tak opowiada o fabryce jeden z młodych mieszkańców pobliskiego Brożka.
Tajemnica trzech zgonów
Kapitan Zygmunt Moliński pokazuje długie przesieki między drzewami. Trawa rośnie na betonowych płytach, którymi kiedyś biegły tory kolejowe. Na otwartym terenie, w którąkolwiek stronę spojrzeć – bunkry. Zawsze w polu widzenia co najmniej cztery, pięć betonowych budowli. Nie takie bojowe, ze strzelnicami. Te mają okna i bramy wjazdowe. Widać, że nie miały służyć do obrony. Wewnątrz kryją betonowe fundamenty pod jakieś maszyny, których dawno tu już nie ma. Co lepsze wywieźli Rosjanie zaraz po wojnie, a resztę zabrały nasze władze.
W tych bunkrach teraz czai się śmierć.
– Edward K., który zginął tu w kwietniu, wszedł do studzienki przemysłowej i zaczął ciąć kołnierz metalowego przewodu. Może palił papierosa, może uderzył młotkiem i powstała iskra? – kapitan Moliński pokazuje obetonowane otwory, które były świadkami tragedii. – Od tego miejsca na odcinku kilkunastu metrów grunt został podniesiony. Czyli wybuchło coś w środku.
Co – tego na razie nie wiadomo.
Według Andrzeja Gronka, prokuratora rejonowego z Żar, przyczyną śmierci Edwarda K. „było najprawdopodobniej uduszenie z braku tlenu w następstwie wybuchu, którego przyczyny i rodzaj eksplodującego materiału są w trakcie ustalania”.
Na kolejnej polanie, niczym dwie dłonie z rozcapierzonymi palcami, sterczą ściany bunkra, rozerwanego wybuchem. To tu przed rokiem zginęli studenci. – Kilkunastotonowy strop odrzuciło jak drewniany dach – pokazuje kapitan Moliński. – O, leżał tam dalej. Ale w trakcie akcji ratowniczej ściągnięto go ciągnikiem do tego dołu.
To był niezły wybuch, bo stalowe zbrojenia stropu sterczą na boki jak przerwane druty w siatce ogrodzeniowej. Co tu wybuchło, wojskowy nie wie. – Ci ludzie byli na wycieczce. Na pewno niczego nie piłowali i nie rozkręcali – dodaje kapitan. – Wiemy, że oni tylko tam weszli i zaraz coś zdetonowało. Tam nie ma nawet żadnego podziemia.
„Przyczyną śmierci Grzegorza S. w dniu 15 maja 2003 roku było uduszenie spowodowane unieruchomieniem klatki piersiowej (...) w wyniku wybuchu i zasypania gruzem, natomiast Piotra S. (...) obrażenia głowy, klatki piersiowej i jamy brzusznej spowodowane wybuchem”. Tyle z informacji prokuratora rejonowego.
Drugi z oficerów z Głogowa – kapitan Rafał Kuropatnicki – kontroluje bunkry. Nie znalazł nic rewelacyjnego. – Niewykluczone, że tu są opary nitrowe. Pod ziemią znajdowały się kiedyś zbiorniki z odpadami technologicznymi. Jakimiś substancjami, które neutralizowano gaszonym wapnem i robiono z tego nawóz azotowy. Potem rozsypywano w okolicy i dlatego tu taka obfitość roślinności – kapitan wykonuje ręką gest w stronę drzew. Rzeczywiście, gąszcz, jak w amazońskiej puszczy. A dwa, trzy kilometry dalej, w „zwykłych” lasach, drzewa nawet w połowie nie są tak bujne.
Kapitan Kuropatnicki mówi, że w ziemi czasami znajdowany jest artyleryjski proch w laskach. – No i są jeszcze przewody technologiczne pod ziemią. Nikt nie wie, dokąd biegną. Kilometry rur. Wodą tłoczono tamtędy prochy. Dlatego wodą, że to była najbezpieczniejsza metoda. Zdaniem kapitana, być może tam trzeba szukać tajemnicy śmierci trzech mężczyzn.
– Zdetonowany został pył prochowy, zalegający podłogę bunkra. Dwaj studenci weszli do środka, chodzili i uniósł się kurz. A jeden z nich podobno przyświecał sobie zapalniczką. I było po wszystkim. Natomiast w przypadku Edwarda K. eksplodował materiał wybuchowy, pozostały w rurach między zaworami – potwierdza opinię Kuropatnickiego doktor Jerzy Bil z Wojskowej Akademii Technicznej, który był w fabryce jeszcze przed saperami.
Zebrał próbki i uważa, że najniebezpieczniejsze są odcinki rurociągów z zaworami. Bo tam pozostała zawartość, która nie przedostała się do gruntu. Doktor nie ma wątpliwości, że materiały wybuchowe zamknięte w rurach zachowały swe właściwości. I nie ma nadziei, że nagle gdzieś znikną. – Jakość tych rur żeliwnych godna jest pozazdroszczenia. Biegną w kanałach z cegieł kwasoodpornych i są robione na setki lat – twierdzi Jerzy Bil.
Potwierdzeniem hipotezy naukowca z WAT mogą być ślady substancji, prawdopodobnie pochodnych nitrocelulozy – materiału wybuchowego, znalezionego przez starszego chorążego Marka Danika z jednostki przeciwchemicznej z Milicza, który robił przeglądy zaworów na przewodach technologicznych.
Życie za złom
Przez pobliską drogę przejeżdża auto na niemieckiej rejestracji. Zaraz potem kolejne. – To najkrótsza droga między przejściem granicznym w Olszynie a Zasiekami. Czasami, jak tam jest kolejka, to ludzie gnają przez las. I mylą drogę, bo tutaj jest plątanina – mówi kapitan Kuropatnicki. – Lokalne władze wystąpiły do wojewódzkich o zamknięcie przejazdu, przynajmniej na czas naszych prac. Ale kto ma tego pilnować? – pyta retorycznie saper.
Ostatnia ofiara fabryki prochu pochodziła z Tuplic. Dojazd do tej miejscowości jest równie paskudny. Droga kluczy między bunkrami, nagle z betonowej przechodzi w szutrową. Zawija, kręci się w kółko. Zmienia się w ziemny dukt. Naraz pojawiają się jakieś wały, sztuczne nasypy. O tym miejscu opowiadał wicewójt gminy Brody. – Tam były dwie leżące koło siebie strzelnice. Na czterech hektarach każdego wieczoru sprawdzali jakość wyprodukowanego prochu – mówił.
Wreszcie przejazd pod dawnym torem kolejowym. Obok jest cmentarz. Na nim – pokryta sztucznymi kwiatami mogiła 37-letniego Edwarda K. – Tu ludzie mówią, że on pracował dla kogoś. Że zbierał złom dla jakiejś firmy, ale to nieprawda. On robił dla siebie. Chciał dołożyć coś do chleba. Wiadomo, jak teraz z pracą – mówi Zygmunt Kotlarz, emeryt pilnujący punktu skupu złomu w Tuplicach. I dodaje: – Każdy wie, że na Brożku jest niebezpiecznie. Po tej eksplozji poszukiwacze dali sobie spokój. Ale pewnie wrócą…
Bo teren dawnej fabryki prochu odwiedzany był przede wszystkim przez zbieraczy złomu. W miasteczku są trzy punkty skupu. Kilogram żelaza kosztuje 25 groszy. Żeby zarobić złotówkę trzeba przynieść cztery kilogramy. – Kiedyś ludzie przynosili niewypały, ale to było dawniej. Potem żelazo z fabryki. Ale teraz, po serii wypadków, nikt za to świństwo się chyba nie weźmie – komentuje młody chłopak. – Z cennych rzeczy podobno zostały już tylko czterotonowe, żelazne drzwi. Tylko jak je zabrać?
– Tam już nikt nie wchodzi. Zresztą, tam już nie ma czego wynieść – potwierdza kobieta z domu z numerem 19, położonego tuż przy wjeździe do fabryki. – Po roku 1990 kontrola strefy nadgranicznej nie była już taka dokładna i do lasu ruszyli ludzie – mówi wicewójt Juliusz Dudziak. – Zbierali złom. Poginęła wtedy większość krat i bram.
Gmina wystawiła całą baterię tabliczek. Na dziesiątkach bunkrów wiszą czerwone napisy – „Wstęp wzbroniony. Zutritt Verboten”. Dlaczego po niemiecku? Bo granica zaraz i jeżdżą tu ludzie na wycieczki. – Są nawet oferty grupowych wyjazdów w Internecie – mówi kapitan Kuropatnicki. – Propozycje po polsku i po niemiecku. A terenu nie sposób upilnować. To 400 hektarów. Kto zapłaci strażnikom?
Gdyby postawić siatkę, to trzeba by było ogrodzić z 10 kilometrów. Na całą akcję oczyszczania gmina dostała z budżetu centralnego 300 tysięcy złotych. Ale to za mało.
Bezpiecznie już było
Mimo niebezpieczeństwa, na terenie fabryki w Brożku stale trwają jakieś ruchy. – Zaraz po wojnie stało tam wojsko – opowiada Juliusz Dudziak, wicewójt gminy Brody, do której należy teren. – Potem w kilku bunkrach były magazyny Wojsk Ochrony Pogranicza, a prawie w 130 skład firmy, zajmującej się importowanymi towarami żywnościowymi. Teraz w kilku bunkrach jest pieczarkarnia, a w innym rejonie – szlifiernia. Do lasu z obsypanymi ziemią bliźniaczymi komorami betonowymi prowadzi syn właściciela pieczarkarni, łukasz Ochryniuk. – Tu kiedyś były suszarnie prochu – mówi.
Podczas pierwszego wybuchu Łukasz był w domu, w Brożku. – Tak łupnęło, że o mało co nie wyleciały szyby. A za drugim razem siedziałem tutaj. Też huknęło, ale jakby ciszej. Pamiętam, że były tam jeszcze dwie osoby. Po ratunek pobiegła chyba siostra zabitego. Młody Ochryniuk nie uważa, żeby ten teren był jakoś szczególnie niebezpieczny. W suszarniach ani w okolicy nie ma już żadnych materiałów wybuchowych. I nie ma pojęcia, co mogło eksplodować. – Wszystko odnowiliśmy, cały poniemiecki system wentylacyjny. I to działa.
W tym momencie Łukasz przypomina sobie, że jeszcze w 1968 roku wyleciały w powietrze dwie osoby. Ale one podobno grzebały w ziemi... – Jak ktoś chodzi i długo szuka, to znajdzie. Nawet śmierć – dodaje sentencjonalnie. Saperzy wiedzą to najlepiej. Dlatego uważają, że tę bombę z opóźnionym zapłonem, jaką jest fabryka prochu, koniecznie trzeba rozbroić. I to nie tylko ze zwykłych niewypałów leżących w lesie, ale przede wszystkim z tego, co czai się w betonowych bunkrach i w przewodach, którymi płynął proch. Ale na to brakuje pieniędzy.
Doktor Jerzy Bil przyznaje, że wykonanie tego zadania przekracza możliwości finansowe nawet całego województwa. Planów kanałów nie ma, choć wiadomo, że są zagłębione na kilka metrów pod ziemią i ciągną się kilometrami. I potrzebne są specjalistyczne badania każdego odcinka kanału osobno. Dlatego, według doktora Bila, tańszą metodą będzie zasypanie studzienek piachem i ich zabetonowanie.
– I nigdy nie będzie wolno tam kopać – dodaje doktor Bil. – Zaś poszukiwaczy przygód, którzy chcieliby coś rozgrzebywać, trzeba po prostu przeganiać. To jedyny sposób na czającą się pod ziemią śmierć. Czy to zakończy problem z tajemniczymi, poniemieckimi fabrykami w Polsce? Niestety, nie. Mundurowi przebąkują bowiem, że na terenie jednostki wojskowej w Krzystkowicach koło Nowogrodu Bobrzańskiego jest podobna fabryka prochu…
Rafał Jabłoński
był ktoś w tamtej okolicy ??
400 ha dziewiczego terenu..
|