Nawiązując do znalezionego i poniekąd rozkradzionego skarbu znalezionego podczas prac budowlanych w Środzie Wielkopolskiej, chciałbym pokazać niektórym poszukiwaczom,że skarby są w ziemi tylko trzeba szukać.
Cytuj:
Korona, pierścienie, monety znalezione na wysypisku śmieci. Tomasz Bonek odkrywa tajemnice skarbu
Cztery lata zbierałem informacje na temat najcenniejszego skarbu odnalezionego w Polsce. Przypłaciłem to rozbitym łukiem brwiowym. Na początku 2001 roku, wracając z pracy do domu zostałem napadnięty. Usłyszałem: wulgaryzm się od sprawy skarbu!. Do dziś nie wiem komu nacisnąłem na odcisk. Odkrycia jakiego skandalu byłem blisko.
-Napisałeś pan w "Gazecie Wrocławskiej", że w gdzieś zapodziały się dwie bardzo cenne monety ze Skarbu Średzkiego i złoty pierścień – mówił mężczyzna telefonujący do redakcji. - Ponoć Muzeum Narodowe ich szuka, bo wydrukowało zdjęcia w książce o skarbie, a potem okazało się, że tych przedmiotów nie można obejrzeć, bo ich po prostu nie ma. Panie, tego było znacznie więcej – opowiadał. Są nawet na to papiery. Trzeba zająć się sprawą. Pewnie nie uda się już wszystkiego odzyskać, ale chociaż kilku wulgaryzm, którzy są za to odpowiedzialni zrobi się ciepło. Zresztą, to nie pierwszy skarb znaleziony i rozgrabiony w Środzie. Przyślę panu dokumenty...
Rozłączył się. Dwa dni później przyszła poczta, a w niej kopie protokołów sporządzonych przez Najwyższą Izbę Kontroli, zapisy narad w Rejonowym Urzędzie Spraw Wewnętrznych, rekonstrukcja wydarzeń z 1988 roku oraz list wysłany przez mieszkańców Środy do marszałka Senatu Karola Modzelewskiego. Dokumenty potwierdzały telefoniczne opowieści anonimowego informatora.
W piśmie D-41200-69-88 Delegatury Najwyższej Izby Kontroli we Wrocławiu, mieszczącej się przy ul. Świerczewskiego 15/17 (dzisiaj Piłsudskiego) sporządzonym 10 grudnia 1988 roku napisano:
Następstwem rażących zaniedbań i lekceważącego stosunku do ustawowych obowiązków było stworzenie możliwości do rozgrabienia, uszkodzenia, a nawet zniszczenia znacznej części zabytkowych monet i wyrobów ze złota. Nie można również wykluczyć i tego, że pewna ilość przedmiotów zabytkowych uległa bezpowrotnemu zaginięciu.
Zacząłem zbierać informacje na temat skarbu. Trwało to cztery lata. Przypłaciłem to rozbitym łukiem brwiowym. Na początku 2001 roku, wracając z pracy do domu zostałem napadnięty. Usłyszałem: wulgaryzm się od sprawy skarbu!. Do dziś nie wiem komu nacisnąłem na odcisk. Odkrycia jakiego skandalu byłem blisko. Jestem natomiast pewny, że – niestety - NIK miała rację!
Ale za to powstała książka – reportaż o odkryciu skarbu średzkiego. Zatytułowałem ją: Przeklęty skarb.
Rok 1988
- Byłem wstrząśnięty. Przede mną leżały zdewastowane fragmenty przepięknej biżuterii. Pogięte, połamane kawałki złota wysadzane drogimi kamieniami. Misternie wykonane. Trzymałem w rękach kilka milionów dolarów, drogocenne dzieła sztuki, które znaleziono... na śmietniku - tak o swoim pierwszym spotkaniu ze skarbem średzkim opowiada historyk sztuki, dr Rainer Sachs, który jako jeden z pierwszych specjalistów badał tak zwany skarb średzki – klejnoty warte ponad 100 mln dolarów odkryte w 1988 roku w podwrocławskiej miejscowości.
Był 24 maja 1988 roku. Na ulicy Daszyńskiego w Środzie Śląskiej pracowali budowlańcy. Na sąsiedniej działce, trzy lata wcześniej koparka odkryła dzban, z którego wysypało się kilka tysięcy średniowiecznych, srebrnych monet.
- Rozbierali kamienicę numer 14 – opowiada mieszkaniec jednego z budynków przy Daszyńskiego. Praca wrzała, a gruz z budowy trafiał na wysypisko znajdujące się kilka kilometrów od centrum miasteczka. Miał tu stanąć nowoczesny budynek mieszkalny, w którym swoje M mieli posiadać także miejscy prominenci.
Robotnicy pogłębiali dół pod fundamenty. Kiedy jeden z nich żartował: - na pewno znajdziemy jakiś skarb, drugi zamarł ze zdziwienia. W piasku leżały gliniane skorupy, a wśród nich coś połyskiwało. To były monety, schowane przez kogoś przed wiekami.
- Do wykopu rzucił się każdy kto był w pobliżu, kilkadziesiąt osób. Ludzie wskakiwali sobie na plecy. Jeden drugiemu wydzierał monety z rąk. Pakowali je do kieszeni. Sprytniejsi nie brali srebrnych szaraków, tylko wybierali złote. Każdy chciał mieć choć trochę dla siebie – opowiada Sebastian, który wówczas był uczniem miejscowej szkoły.
O znalezieniu kolejnego skarbu w Środzie Śląskiej powiadomiono Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych. Na placu budowy pojawił się inspektor Jan Sz., w towarzystwie pracowników miejscowego Muzeum Rzemiosł Drzewnych. Używając swojego autorytetu i niecenzuralnych słów, postraszyli zgraję przypadkowych rabusiów. Od budowlańców udało im się odzyskać kilkaset srebrnych groszy praskich, i kilka złotych florenów oraz fragmenty glinianego naczynia. Jednak wszyscy przypuszczali, że nie odzyskano wszystkiego.
Bez zezwolenia
O skarbie powiadomiono specjalistów z Wrocławia. Nie spieszyło im się jednak do sensacyjnego odkrycia - przyjechali dopiero następnego dnia.
Rano, do pracy przy wykopach nie przyszła część z zatrudnionych tam robotników. Jak się później okazało, świętowali, bo udało im się przejęć sporą część odkrytych dzień wcześniej monet. Ludzie opowiadali później o wielkim pijaństwie w miejscowej knajpie, podczas której za alkohol płacono średniowiecznymi monetami.
W miasteczku zrobiło się nerwowo, bo przed rozpoczęciem budowy na zabytkowej starówce Środy nie przeprowadzono wcześniej badań archeologicznych. Nie zrobiono tego, mimo że już 12 grudnia 1985 roku pracownik Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno – Konserwatorskiego (WOAK) we Wrocławiu do dokumentów dotyczących budynków przy ul. Daszyśnkiego wpisał następująca notatkę: Należy powiadomić WOAK o terminie rozpoczęcia prac ziemnych, które muszą być nadzorowane przez służby konserwatorskie, gdyż istnieje możliwość natrafienia na ślady osadnictwa średniowiecznego.
Dopiero dzień po odkryciu monet, około godz. 8, na miejscu pojawili się wykwalifikowani specjaliści od skarbów, pracownicy Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno – Konserwatorskiego. Rozpoczęli specjalistyczne badania. Później dołączył do nich dyrektor ośrodka Tadeusz Kaletyn. Jednak na niewiele się przydali.
- Wykop był doszczętnie zniszczony. Robotnicy dokopali się do warstwy żwiru. Ze średniowiecznej zabudowy nic kompletnie nie zostało. Ściany były świeżo poryte łopatami. Zrobiliśmy więc tylko niezbędne szkice, a następnego dnia wykop sprawdziliśmy wykrywaczem metalu – opowiada Tadeusz Kaletyn.
Badania zespołu WOAK nie trwały więc długo. Nic nie znaleziono. Już po południu dyrektor Kaletyn postanowił zakończyć prace i udostępnić plac budowy wykonawcy, choć dzisiaj, w świetle obowiązujących przepisów, byłoby to niemożliwe. A jednak ludzie i maszyny ruszyły.
Klejnoty na śmietniku
Ekipa konserwatorsko-archeologiczna powróciła do Wrocławia. Tymczasem po okolicy rozeszły się pogłoski, że na pobliskim wysypisku gruzu i śmieci, które urządzono w 1985 roku na terenie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji imienia 30-lecia PRL, ludzie znajdują złotą biżuterię. To tu trafiał gruz z rozbiórki kamienicy. Na OSiR ruszyły eskapady miejscowej ludności. Ludzie znów zaczęli liczyć na fart, że może uda im się coś znaleźć. I znajdowali.
W międzyczasie dyrektora średzkiego muzeum, Lucjana Owczarenko, odwiedził jeden z uczniów miejscowe szkoły. Doniósł, że na wysypisku dzieci znajdują kolejne monety. Owczarenko zwołał ekipę kilkudziesięciu nastolatków, którzy mieli przeszukać teren. 30 maja ruszył z zapaleńcami, którym za każdą znalezioną monetę obiecał 500 złotych. Rezultaty, już po pierwszym dniu, były bardzo zachęcające. 54 sztuki groszy praskich i... złota zausznica znaleziona przez Mirka ze Szkoły Podstawowej numer 3.
Dwa dni później, tuż przed południem na miejscu pojawił się długo oczekiwany dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno Konserwatorskiego i jego dwóch pracowników. Dyrektor Kaletyn zażądał, by zakończyć akcję z dziećmi, bo – jak tłumaczył – była niewychowawcza i prymitywna. Miał lepszy pomysł: do poszukiwań chciał zaangażować słuchaczy Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu.
Milicjanci czyli archeolodzy
Słuchacze WOSMO ruszyli do pracy. Mieli prowadzić poszukiwania za pomocą specjalistycznego sprzętu. Tą aparaturą były łopaty, szpadle, grabie, sita budowlane oraz siatki ściągnięte ze służbowych nysek, które zwykle służyły do zabezpieczenia szyb samochodu przed rzucanymi na nie kamieniami. Ustawiali je pod kątem 45 stopni i łopatami przesypywali ziemię. Jednak na sicie zostawały tylko srebrne grosze praskie, których średnica przekraczała 30 mm. Gorzej było z mniejszymi złotymi florenami. Miały tylko 15 mm i przelatywały przez oczka.
Sensacyjnego odkrycia dokonano tuż przed końcem pracy - znaleziono złotą monetę w pobliżu miejsca, gdzie dwa dni wcześniej jeden z uczniów odkrył złotą zausznice.
W końcu przerwano prace na wysypisku, bo młodzi milicjanci, na rozkaz komendanta swojej szkoły, musieli wrócić do Wrocławia. Zbliżała się bowiem sesja egzaminacyjna.
Milicjanci wyjechali, a jak się później okazało, zamiast nich znów szukali poszukiwacze – amatorzy. Opowiada o tym Piotr K., który był wówczas uczniem Szkoły Podstawowej nr 3 w Środzie Śląskiej i razem z kolegami kopał na wysypisku: - W czerwcu, codziennie tam chodziliśmy. Jak wyjechali milicjanci z Wrocławia, na OSiR ściągali ludzie w różnym wieku. I to nie tylko ze Środy lecz z całej Polski. Znajdowano nie tylko monety. Kilku szczęśliwców trafiło na złotą biżuterię. Mówiono o olbrzymich broszkach, złotych orłach, pierścieniach oraz o łańcuchu podobnym do sędziowskiego, który miał oczka wielkości fasoli jaś.
Bezsilna prokuratura i milicja
Milicja postanowiła odzyskać skarby od przypadkowych znalazców. Funkcjonariusze przeszukiwali domy, w których znajdowali klejnoty. Ponad 30 osobom prokurator postawił zarzuty. 4 osoby ukarano. Kilku prominentów odpowiedzialnych za zmarnowanie najcenniejszego skarbu odkrytego do tej pory w Polsce straciło stołki. Odzyskano przepiękną koronę, bransoletę, pierścienie, złotą taśmę, monety. Wartość całości oszacowano na 100 mln dolarów.
Ale nauka poszła w las... Do dziś mieszkańcy małego miasteczka pod Wrocławiem zmagają się z klątwą skarbów. Środa Śląska leżała bowiem na skrzyżowaniu najważniejszych szlaków handlowych. To tu obracano ogromnymi sumami. Złoto przysypywano garściami. Nic więc dziwnego, że do dziś można je tutaj znaleźć. Wiedzą o tym poszukiwacze skarbów, z którymi boryka się dziś policja i muzealnicy. Funkcjonariusze walczą z amatorami, którzy w poszukiwaniu klejnotów rozkopują miasto. Do dziś rabusie szukają także na wysypisku, gdzie znaleziono skarb tysiąclecia. Buszują także w pobliskich lasach, gdzie znajdują się groby ludności kultury łużyckiej. Wykopują z nich urny, które trafiają następnie do zachodnich antykwariatów. A tymczasem w Środzie Śląskiej ludzie śpią na skarbach. I kto wie co tu jeszcze zostanie znalezione...
Hipotezy dotyczące pochodzenia skarbu średzkiego
Środa Śląska w późnym średniowieczu była bardzo prężnym ośrodkiem handlowym. Leżała na szlaku handlowym, odbywały się w niej jedne z największych targów w tej części Europy. W mieście osiedliło się też kilku zamożnych bankierów - Żydów.
Niektórzy mieszkańcy miejscowości robili międzynarodowe kariery. Tak jak na przykład Jan, proboszcz kaplicy Wszystkich Świętych na praskich Hradczanach. Śląsk był wówczas pod panowaniem Karola IV Luksemburskiego, który popadł w kłopoty finansowe. Tak duże, że w niektórych miastach był uznawany za persona non grata. Marzyła mu się jednak korona cesarza. Jan ze Środy postanowił mu pomóc. Obiecał, że załatwi władcy pożyczkę u jednego ze średzkich Żydów. Muscho, czyli Mojżesz, najbogatszy z nich dysponował odpowiednią gotówką. Postawił jednak kilka warunków. Po pierwsze, zażądał zastawu w postaci klejnotów, po drugie zapewnienia trzyletniego prawa pobytu na Śląsku i zwolnienia z podatku. Karol IV na to przystał. 3 września 1348 roku we Wrocławiu wystawił nawet na to dokument.
Karol IV koronował się na cesarza niemieckiego, Jan ze Środy został kanonikiem cesarstwa, a na Śląsku wybuchła epidemia czarnej śmierci. Dżuma dziesiątkowała ludność. O przywleczenie zarazy oskarżano Żydów. Uciekali przed pogromem. W pośpiechu pakowali tylko niezbędne rzeczy. Majątek, między innymi złoto, chowali. Muscho klejnoty Karola IV zakopał pod swoim domem, bo myślał, że kiedyś po nie wróci. Tak przetrwały ponad 650 lat, aż odkryła je koparka.
Źródło:
http://menstream.pl/tomasz-bonek/korona ... aign=wykop