Cytuj:
Złodzieje obrazów kościelnych i przedmiotów sakralnych najczęściej wpadają w ręce policji. Tymczasem samozwańczy archeolodzy, których działalność również jest karalna, rzadko mają do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Wystarczy im 2 tysiące złotych, odrobina pasji, trochę znajomości w środowisku kolekcjonerów i mogą zarabiać niezłe pieniądze na sprzedaży dóbr kultury.
Na początku sierpnia zachodniopomorscy policjanci odnaleźli na strychu plebanii w Krosinie XIX-wieczny krucyfiks i dwie XVIII-wieczne figury przedstawiające postaci św. Marka i św. Łukasza.
Zaginięcie zabytkowych przedmiotów zgłosił w 2009 roku ówczesny proboszcz parafii w Krosinie. Jak ustalili policjanci, przedmioty zniknęły kilka lat wcześniej, podczas remontu kościoła. Wszczęto dochodzenie, które ma wyjaśnić, czy zdarzenie było wynikiem niedopatrzenia czy przestępstwa. Jeśli okaże się, że ktoś celowo wyniósł zabytkowe przedmioty po to, aby sprzedać je kolekcjonerowi, będzie to kolejny przykład nielegalnego handlu dziełami sztuki. A takich przypadków z roku na rok przybywa. Oto garść z nich...
Obraz za 16 tysięcy złotych
Latem ubiegłego roku poznańska Prokuratura Rejonowa Poznań-Stare Miasto postawiła dwóm mieszkańcom Poznania zarzuty związane z kradzieżą obrazu „Epitafium biskupa Józefa Pawłowskiego”.
Do zdarzenia doszło w czwartek, 25 stycznia 2013 roku, po południu. 32-letni Tomasz P. włamał się do fary i ze ściany bocznej ukradł obraz przedstawiający biskupa Pawłowskiego.
Wpadł jeszcze tego samego dnia, gdy policję zaalarmowali okoliczni przechodnie. Okazało się, że P. znany był już z wcześniejszych kradzieży i włamań (m.in. okradał stojące w centrum Poznania parkomaty). Trafił do aresztu. Wkrótce zatrzymano jego 35-letniego wspólnika. Skradziony obraz biegły wycenił na 16 tysięcy złotych, jednak dla Kościoła miał ogromne znaczenie historyczne.
Jak się okazało, sam obraz nie ucierpiał podczas kradzieży, natomiast częściowo zniszczona została rama.
Przygody archeologa
W maju 2014 roku Sąd Okręgowy w Opolu wydał zaskakujący wyrok w sprawie 46-letniego Igora M. oskarżonego o to, że ukradł i wywiózł z kraju „kilkanaście przedmiotów szczególnie ważnych dla dziedzictwa narodowego, w tym celtyckie monety”. Igor M. – pracujący w Wielkiej Brytanii jako tłumacz sądowy, a prywatnie pasjonat archeologii – w 2006 roku zainteresował się okolicami zamkniętego stanowiska archeologicznego w Nowej Cerekwii (powiat głubczycki na południu województwa opolskiego). Przeszukując je, znalazł figurki i biżuterię z brązu, wykonane na przełomie III i II wieku p.n.e. Jak wynika ze śledztwa, M. zrobił kopie tych znalezisk, a potem pokazywał je za granicą. M. wpadł, bo na internetowym forum dyskusyjnym dla archeologów opisał swoje znalezisko. Zwrócili na to uwagę inni forumowicze i zawiadomili policję. Gdy po latach sprawa trafiła na wokandę, prokurator zażądał dla Igora M. dwóch tysięcy złotych grzywny i półtora roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Prowadzący sprawę sędzia Mateusz Świst nie przychylił się do tego wniosku. Oskarżonego uznał wprawdzie za winnego przywłaszczenia przedmiotów, ale odstąpił od wymierzenia mu kary. Uniewinnił również Igora M. od zarzutu wywiezienia tych skarbów za granicę. W uzasadnieniu wyroku sędzia Świst mówił: – Nie można również zapomnieć, że doszło do pewnego paradoksu: stanowisko, które było dla archeologów sprawą zamkniętą, za sprawą pasjonata znów zaczęło być eksplorowane, więc dzięki działalności oskarżonego doszło do nowych odkryć. Istotnie, gdy informacja o odkryciu Igora M. stała się znana, archeolodzy powrócili do zamkniętego wcześniej stanowiska i kontynuowali pracę. Podczas procesu ani prokurator, ani przedstawiciel wojewódzkiego konserwatora zabytków nie powiedzieli sądowi, co ich zdaniem należy uczynić ze skarbami. Sąd ostatecznie zdecydował się oddać je wojewódzkiemu konserwatorowi. I w ten sposób ta głośna sprawa dobiegła końca.
Dobra kultury na sprzedaż
Na popularnym internetowym portalu aukcyjnym oraz na forach dyskusyjnych znaleźć można ogłoszenia oferujące sprzedaż dóbr kultury. Wśród nich są monety, elementy uzbrojenia pochodzące sprzed kilkuset lat (znany jest przypadek, kiedy sprzedający oferował miecz katowski z XIV wieku), biżuteria. Wszystkie te przedmioty pochodzą z nielegalnych wykopalisk. – Postępowanie z dobrami kultury reguluje ustawa z 2003 roku o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami – mówi radca prawny Bartłomiej Kachniarz. –Mówi ona, że przedmioty będące zabytkami archeologicznymi odkrytymi, przypadkowo znalezionymi lub pozyskanymi
w wyniku badań stanowią własność Skarbu Państwa. Artykuł 33 tej ustawy nakazuje każdemu, kto znajdzie taki przedmiot, niezwłoczne zawiadomienie konserwatora zabytków. Jak mówi mecenas Kachniarz, każdy, kto wykopie z ziemi zabytkowy przedmiot i sprzedaje go, zamiast oddać konserwatorowi zabytków, de facto okrada Skarb Państwa.
Teoretycznie za złamanie tej ustawy można pójść do więzienia nawet na 3 lata. Jeśli skradziony przedmiot zostanie uznany za dobro kultury o szczególnym znaczeniu (np. stary i słynny obraz kościelny) – sąd może zaostrzyć karę nawet do
10 lat więzienia. – Walka z tym zjawiskiem jest trudna, bo kolekcjonerzy i samozwańczy archeolodzy znają się i mają do siebie zaufanie, więc jak znajdą jakiś przedmiot, to wiedzą, kogo nim zainteresować – mówi Zbigniew Wróblewski, emerytowany oficer Centralnego Biura Śledczego. – Te wzajemne znajomości powodują, że część wykopanych przedmiotów nie trafia na internetowe aukcje, więc policjanci nie mają okazji się o nich dowiedzieć.
Zdaniem Wróblewskiego, czarny rynek handlu przedmiotami zabytkowymi ma trzy obszary. Pierwszy, marginalny, to kradzieże cennych eksponatów z kościołów katolickich. Te jednak, choć coraz częstsze, na szczęście nadal są zjawiskiem marginalnym. W pierwszych miesiącach 2013 roku wiernymi diecezji drohiczyńskiej wstrząsnęły informacje o kradzieży z cerkwi na Świętej Górze Grabarce oraz o włamaniu do kościoła w Ostrożanach. W tym ostatnim przypadku złodzieje zniszczyli ołtarz, ukradli dwie pozłacane korony i wykonaną ze srebra sukienkę Matki Boskiej. – Kto włamuje się do kościoła i kradnie święte przedmioty lub obrazy, popełnia ciężki grzech świętokradztwa – przestrzega ksiądz Stanisław Małkowski. Sprawcy kradzieży w Ostrożanach zostali zatrzymani. Okazało się, że złote wota sprzedali w lombardzie w Warszawie, otrzymując za nie ok. 20 tysięcy złotych. Natomiast srebrne szaty wyrzucili do Wisły, bo nie mogli ich sprzedać. Łącznie materialne straty parafii oszacowano na 65 tysięcy złotych, jednak dla wiernych z Ostrożan obraz miał przede wszystkim ogromną wartość religijną.
Drugi obszar handlu dobrami kultury obejmuje dzieła sztuki sprowadzane nielegalnie z innych krajów na zamówienie kolekcjonerów (najczęściej bardzo bogatych biznesmenów). – Walka z tym zjawiskiem jest trudna, bo marszandzi nie chwalą się publicznie swoimi zakupami, a policjanci i prokuratorzy nie mogą ot, tak sobie przeszukać domu każdego zamożniejszego obywatela – mówi Wróblewski.
Jednak najbardziej dynamicznie w Polsce rozwija się rynek handlu przedmiotami archeologicznymi.
Na wojskowym szlaku
Najbardziej obfitym zagłębiem nielegalnych wykopalisk jest Kotlina Jeleniogórska.
Największą popularnością wśród poszukiwaczy cieszą się szlaki wojsk niemieckich, które w 1945 roku wycofywały się z Polski. Niemieccy żołnierze, uciekając przed napierającymi wojskami radzieckimi i polskimi, gubili monety, biżuterię, broń i amunicję. Amatorzy tych przedmiotów szukają za pomocą wykrywaczy metali (cena takiego urządzenia to ok. 2000 zł). Jeśli znajdą, sprzedają je kolekcjonerom w Polsce lub za granicą. W tym ostatnim przypadku, jeśli znajdzie się nabywcę zainteresowanego starymi monetami, można je po prostu… zapakować w kopertę bąbelkową i wysłać do adresata jako list.
Proceder jest opłacalny, bo trzyosobowa grupa poszukiwaczy skarbów, mająca do swojej dyspozycji wykrywacz metali, w ciągu dwóch tygodni badań jest w stanie wykopać i sprzedać przedmioty o łącznej wartości dwóch, trzech tysięcy złotych. Dla mieszkańców powiatów dotkniętych wysokim bezrobociem jest to kusząca perspektywa. Tym bardziej że zagrożenie karą jest niskie, co oznacza, że w razie wpadki sąd, jeśli w ogóle skaże takiego „archeologa”, to wymierzy mu karę w zawieszeniu. Jest to bardzo mało prawdopodobne, bo skoordynowane działania policji wymierzone w poszukiwaczy skarbów należą do rzadkości.
LESZEK SZYMOWSKI