|
Podobnie, jak z gęsi można wycisnąć smalec, tak i z ludobójstwa można odnieść spore korzyści. Nie mówię oczywiście o zamordowanych; oni, rzecz prosta, żadnych korzyści odnieść już nie mogą.
Z żywymi jest inaczej. W wielu przypadkach ludobójstwo przynosi im rozmaite korzyści. Dotyczy to zarówno tych, którzy ludobójstwa się dopuszczali, a także tych, którzy kreowali się na rzeczników ofiar. Uczestnictwo w aktach ludobójstwa dostarczyło jego organizatorom i wykonawcom tzw. mocnych przeżyć, nie mówiąc o korzyściach materialnych z rabunku ofiar.
Nie jest to może jakiś specjalny powód do ostentacji, ale ileż fortun wyrosło na ludobójstwie? Wystarczy zajrzeć do książki Anny Applebaum „GUŁag”, żeby się zorientować, jaki to gigantyczny przemysł rozwinął się na fundamencie ludobójstwa. Jeden z jego organizatorów, Naftali Aronowicz Frenkiel sformułował nawet zasadę ogólną: „z więźnia musimy wycisnąć wszystko w ciągu pierwszych trzech miesięcy; potem nic nam po nim”.
Praktyczni i oszczędni Niemcy, tzn. pardon – jacy tam „Niemcy”! Nie żadni „Niemcy”, tylko oczywiście „naziści”, co to nawet mówili „po nazistowsku” – więc ci „naziści” nie gardzili więźniem nawet po sławnych frenkielowskich trzech miesiącach.
O ile GUŁag był deficytowy (tak przynajmniej twierdzi Anna Applebaum), o tyle obozy niemie... tfu!, jakie „niemieckie”, kiedy przecież „zatwierdziło”, że „nazistowskie” – były rentowne, ale pod warunkiem, że w bilansie uwzględniało się również takie pozycje, jak „dochód z utylizacji zwłok”.
W przeliczeniu na więźnia dawało to zysk bardzo niewielki, można powiedzieć – groszowy, ale przy takim gigantycznym obrocie nawet i on nie był do pogardzenia. Zresztą nie tylko o to chodzi. Ludobójstwo, paradoksalnie, przyczyniało się niekiedy nie tylko do poprawy struktury społeczności nim dotkniętych (np. po drugiej wojnie światowej nigdzie nie ma już biednych Żydów), a także - do utrwalenia etnicznej dominacji na wielu obszarach, np. na Wołyniu, co w warunkach demokracji politycznej można przekształcić w tytuł prawny.
Chociaż pewnie wielu ludzi żachnie się na takie słowa, ale przecież widać, że nawet ludobójstwo nie jest pozbawione dobrych stron i pewnie właśnie dlatego od czasu do czasu tu i ówdzie się zdarza. Ale oczywiście ma też swoje złe, a nawet – co tu ukrywać – okropne strony.
Wspominam o tych okropnych stronach dlatego, że z poduszczenia pani Bogumiły Berdychowskiej, która na postawie jakiejś martwej wizy kreowała się na mentorkę kolejnych polskich rządów w sprawach stosunków z Ukrainą, pani Agnieszka Holland, prof. Bronisław Geremek, pan Tomasz Jastrun, pani Krystyna Zachwatowicz i pan Zbigniew Ścibor-Rylski sprzeciwiły się wzniesieniu przy Placu Grzybowskim w Warszawie pomnika ofiar ludobójstwa dokonanego przez Ukraińską Powstańczą Armię na Kresach Wschodnich.
Pomnik ma formę drzewa, o konarach w kształcie rozwiniętych skrzydeł, a do pnia tego drzewa przywiązane są za główki zwłoki dzieci. Prof. Marian Konieczny nawiązał w ten sposób do autentycznej fotografii, dokumentującej jedną z niezliczonych zbrodni.
Sygnatariusze protestu twierdzą, iż razi ich „drastyczna forma” monumentu i podejrzewają w związku z tym inicjatorów wzniesienia pomnika o intencję „szerzenia nienawiści”. Czy jednak w przypadku pomnika mającego upamiętnić zbrodnię ludobójstwa jakaś forma może być nazbyt „drastyczna”?
Jeśli, dajmy na to w obozie oświęcimskim, eksponuje się komorę gazową i krematoryjne piece, to czyż jest to widok mniej „drastyczny”, niż dziecięce zwłoki, przywiązane za główki do pnia drzewa? Być może, że ten drugi widok jest bardziej naturalistyczny, ale przecież ludobójstwo w wydaniu UPA właśnie było bardziej naturalistyczne od stechnicyzowanego ludobójstwa nie... tzn. pardon – oczywiście „nazistowskiego”. Wreszcie te dzieci przywiązane do pnia mogły być pochodzenia żydowskiego, bo wśród ofiar ludobójstwa dokonanego przez UPA byli nie tylko Polacy, ale i Żydzi.
Czyżby pani Bogumile Berdychowskiej, tresującej polskich dygnitarzy w skakaniu z gałęzi na gałąź przed banderowcami, co ma niby stanowić warunek sine qua non polsko-ukraińskiej amicycji, udało się zobojętnić na holokaust Agnieszkę Holland, Tomasza Jastruna, a nawet – horrible dictu! – samego „drogiego Bronisława”?
Czyżby Borys Abramowicz Bieriezowski miał obiecane na Ukrainie tak wysokie alimenty, że na ich widok można zapomnieć nie tylko o ludobójstwie i jego ofiarach, ale nawet o poczuciu przyzwoitości?
Ano, mówi się – trudno, ale mam nadzieję, że Rada Warszawy jeszcze poczucia godności narodowej nie zatraciła i nie pozwoli wodzić się za nos ani pani Bogumile Berdychowskiej, ani innym estetom, co pamięć o ludobójstwie dokonanym na narodach mniej wartościowych woleliby we własnym interesie wyciszyć.
Stanisław Michalkiewicz
|