jeszcze raz apeluje, żeby, jeśli ktos daje link do artykułu, kopiować artykuł na Forum -- link po paru dniach przestaje działac i zostaje tylko niewiele mówiący post...
Każdy może być paserem
Udowodnij swoje prawa źródło: http://kiosk.onet.pl/art.html?NA=1&ITEM=1169062&KAT=241 (KULISY) W każdej chwili możesz stracić swoje dzieła sztuki. Nawet pamiątkową srebrną cukiernicę po pradziadku. Jeśli nie masz na nią żadnych rachunków.
RAFAŁ JABŁOŃSKI 2004-06-08
Dzwonek do drzwi. Policjant z legitymacją w ręce mówi, że musi dokonać przeszukania mieszkania. Może, nawet bez nakazu, bo istnieje podejrzenie dokonania przestępstwa. Od razu idzie do dużego pokoju i informuje, że ten wielki obraz ze sceną historyczną jest kradziony. Zginął Janowi Kowalskiemu podczas wojny. – Czy ma pan dokument jego nabycia? – pyta funkcjonariusz. Nie masz, bo płótno odziedziczyłeś po dziadku. – Obraz powędruje na komendę. O dalszym ciągu sprawy zadecyduje prokurator – mówi policjant.
Siadasz w fotelu i trzymasz się za głowę, gdyż malowidło zostało nabyte w 1946 roku, w prywatnym antykwariacie. I od 58 lat jest w posiadaniu rodziny. Żadnych rachunków nikt nie trzyma przez tyle lat. O ile w ogóle były. Wtedy transakcji dokonywano z ręki do ręki. Teraz czeka cię proces cywilny z powództwa Jana Kowalskiego. Być może skradziono mu obraz pod koniec wojny, a może sam go sprzedał, a teraz twierdzi, że dzieło zaginęło. Ale ma umowę nabycia obrazu w 1938 roku. A ty nie masz nic.
Udowodnij swoje prawa
Obraz Aleksandra Gierymskiego „Chłopiec niosący snopek” miał być wystawiony na aukcji. Dosłownie w ostatniej chwili okazało się, że dzieło znajduje się na tzw. liście wojennych strat i oficjalnie ma innego właściciela, niż ten, który wystawił go na licytację. Wiadomo, że przed 1939 rokiem „Chłopiec...” należał do rodziny Aszkenazych, którzy wyemigrowali. Po wojnie, gdy tworzono listę zaginionych antyków, znawcy przedmiotu podali, że całą kolekcję Aszkenazych zagarnęli Niemcy. Tymczasem obecny właściciel „Chłopca...” twierdzi, że jego ojciec nabył obraz w 1939 roku od pośrednika. Na co nie ma kwitów. Dlatego sąd będzie musiał rozstrzygnąć, której stronie dać wiarę.
– Większość antyków znajdujących się w prywatnych rękach ma „poucinane historie” – mówi Maria Ochalska, szefowa warszawskiej Galerii w Willi Struvego. – Przypadek obrazu Gierymskiego, nagłośniony przez media, wywołał strach u wielu starszych ludzi. Uświadomił im, że dzieła sztuki będące „od zawsze” w ich posiadaniu, mogą mieć także innych właścicieli.
– Okres okupacji to największy boom w historii polskiego rynku dzieł sztuki – mówi Małgorzata Lalowicz, szefowa krakowskiej Desy. – Wtedy sprzedawano dosłownie wszystko. – Czasami można było kupić na ulicy niezły obraz, wyniesiony prosto z domu – wspomina kolekcjonerka antyków Irena Jabłońska. – Ludzie z nędzy sprzedawali rewelacyjne przedmioty. Do małych antykwariatów trafiały najlepsze polskie dzieła sztuki. Kiedy rodziny stawały przed wyborem – obraz albo chleb – decyzja była prosta.
– Przez 50 lat, za socjalizmu, ukrywano u nas obrót antykami – dodaje Zofia Szukalska, prowadząca Dom Aukcyjny Agra-Art. – Ludzie handlowali między sobą. Ci, co kupowali, często nie żyją, a ich spadkobiercy przeważnie nie mają stosownych dokumentów. Bardzo rzadko sporządzano umowy.
Sprawdź, czy ktoś nie szuka
Od pół wieku mamy w domu cenny obraz. Chcemy go sprzedać; wiadomo – recesja. Ale nie jesteśmy pewni, czy kupiliśmy go od prawowitego właściciela, czy nie pochodzi z jakiejś rozgrabionej kolekcji. Jeżeli wstawimy go do antykwariatu czy na aukcję, dostaniemy sporo pieniędzy albo... stracimy antyk. Kiedy zawierzymy handlarzom z ogłoszenia, z pewnością zarobimy mniej lub możemy zostać oszukani co do prawdziwej wartości naszego dzieła.
Co ma zatem zrobić właściciel obrazu, by upewnić się, czy jego dzieło sztuki naprawdę jest jego? Pracownicy muzeów, ministerstwa kultury i sztuki oraz niezależni eksperci – rozkładają ręce. Nikt nie wystawi nam pożądanego certyfikatu. Nie ma stosownych procedur, nie ma nawet centralnej bazy ani katalogu.
Co nie znaczy, że jeśli mamy jakieś wątpliwości co do pochodzenia posiadanego przez nas dzieła, nie warto sprawdzić, czy ktoś nie rości sobie do niego jakichś praw. Przede wszystkim w Rejestrze Strat Wojennych. Ostatni skandal z obrazem Gierymskiego dowodzi przede wszystkim niechlujstwa wielu domów aukcyjnych, które nie korzystają z tej możliwości.
– Ponad 57 tysięcy pozycji zawiera nasza baza danych strat wojennych – mówi Maria Zadrożna z Departamentu Dziedzictwa Narodowego resortu kultury. – Przed sześciu laty był przypadek, iż ktoś chciał kupić obraz Matejki, i na wszelki wypadek sprawdził u nas. I rzeczywiście – dzieło figurowało na liście jako zaginione.
Baza danych trafi w drugiej połowie roku do Internetu. Niestety, choć liczba zaginionych dzieł to setki tysięcy, znajdzie się w niej tylko około 10 tysięcy pozycji, gdyż do tylu udało się znaleźć zdjęcia. Według Marii Zadrożnej, warto sprawdzać pochodzenie każdego antyku, z wyjątkiem przedmiotów kultu religijnego, gdyż te nigdy nie mogły legalnie trafić na rynek (jeśli się na nim znajdują, oznacza to, że są kradzione).
Można też skontaktować się z największymi placówkami muzealnymi w kraju, czy mieli kiedyś takie dzieło w swoich zbiorach, a może gościli je podczas jakiejś wystawy. W przypadku obrazów, co do których podejrzewamy, że są dziełami wybitnych malarzy, Roman Olkowski z Działu Inwentarzy Muzeum Narodowego w Warszawie sugeruje konsultacje z historykami sztuki – ekspertami od twórczości poszczególnych artystów. Ci specjaliści dysponują wielką wiedzą, a poza tym mają katalogi z wystaw autorskich, często sprzed wielu lat, w których przy niemal każdym dziele figuruje nazwisko właściciela, który je udostępnił. Ta metoda sprawdza się jednak przede wszystkim w odniesieniu do obrazów.
– Dzieła znanych twórców stosunkowo łatwo jest zidentyfikować, ale już na przykład z kandelabrami czy innymi zabytkowymi przedmiotami użytkowymi sprawa jest właściwie beznadziejna – przyznaje Roman Olkowski. – Mam w salonie ogromną „Golgotę” Jana Styki, która jest teraz przedmiotem sporu sądowego – opowiada Małgorzata Lalowicz z krakowskiej Desy. – Różne osoby zgłaszają pretensję do dzieła. Wspomina, że przed pięciu laty podobna sprawa dotyczyła „Królowej Bony” Jana Matejki. Obraz wystawiono na aukcję, ale pojawiła się rodzina, która rościła sobie do niego prawa. Osoba wystawiająca twierdziła, że została obrazem obdarowana przez poprzednią właścicielkę. Na to nie było jednak dowodów.
Jako przykład problemów z ustaleniem praw do nawet znanych płócien wybitnych malarzy, Zofia Szukalska z Agry-Art przytacza przypadek pięknej kolekcji obrazów Maurycego Gottlieba, która przed wojną znajdowała się w naszym kraju. Rodzina, w której posiadaniu ona była, przed wyjazdem z Polski sprzedała słabsze pozycje. Jedna z nich trafiła niedawno do domu aukcyjnego. Niespodziewanie zgłosił się spadkobierca byłych właścicieli z pretensjami. Czyj jest ten obraz, będzie musiał rozstrzygnąć sąd.
W tej ostatniej sprawie trudno jednoznacznie stwierdzić, że ktoś kłamie. Jednak zdarzają się przypadki, gdy zawirowania naszej historii próbuje się wykorzystać do osiągnięcia znacznych korzyści. W środowisku antykwarycznym opowiada się na przykład o przypadku warszawskiej rodziny, która po wojnie zgłosiła swe obrazy, jako zaginione, licząc na odszkodowanie od państwa. W efekcie dzieła trafiły na listę strat. Lecz kiedy stało się jasne, że państwo żadnych odszkodowań z tego tytułu wypłacać nie zamierza, ta sama rodzina zaczęła sprzedawać rzekomo zaginione obrazy. Kilka z nich trafiło nawet do jednego z wrocławskich muzeów, inne na rynek. My też możemy je mieć. Mogliśmy je kupić kiedyś całkiem legalnie, a one nadal są na liście strat wojennych.
Nabyć w dobrej wierze
Co robić, gdy ktoś kwestionuje legalność posiadanego przez nas antyku? Nie wpadać w panikę. Nawet jeśli nie mamy dokumentów, poświadczających nasze prawa do przedmiotu, to i tak sprawą zajmie się sąd. Zdaniem Andrzeja Ochalskiego, byłego szefa domu aukcyjnego Unicum, w Polsce wiele antyków pozostaje przy obecnych właścicielach. Artykuł 169 kodeksu karnego stanowi, że nabywając przedmiot w dobrej wierze, po trzech latach stajemy się jego właścicielami, nawet jeśli był skradziony. Ba, nawet jeśli kiedyś był w publicznych zbiorach. Tak stało się na przykład w przypadku kilku przedmiotów będących własnością Zachęty, które zaginęły podczas wojennej zawieruchy. Była wśród nich „Główka dziecka” – pastel Stanisława Wyspiańskiego. Niegdyś w Zachęcie, potem przez dziesięciolecia w prywatnych rękach, a w końcu zaaresztowana – pozostała w nich, gdyż uznano, iż ostatni właściciel wszedł w jej posiadanie w dobrej wierze.
Przepisy w tej materii nie są jednak precyzyjne. Jedne mówią o przedawnieniu sprawy (terminy zależą m.in. od wartości dzieła), inne o nabyciu w dobrej wierze. Sprawy często trafiają do sądów, które dają albo nie dają wiary świadkom. Procesy, gdy się już rozpoczną, trwają latami. Na przykład 14 lat trwały korowody wokół obrazu należącego do tzw. kolekcji Art-B, do którego rościło sobie pretensję muzeum na Wawelu. W końcu muzeum wygrało.
Prostsza sprawa jest, gdy doniesienie o rzekomym posiadaniu przez nas kradzionego dzieła złoży złośliwy sąsiad, czy poróżniony z nami członek rodziny. Procedury policyjne w takich przypadkach są dość klarowne. Najpierw policja sprawdzi, czy są dowody na poparcie oskarżenia. Jeśli uzna, że nie, donosiciel odpowie karnie za pomówienie.
Jeśli jednak organa ścigania uznają, że jest inaczej, mamy kłopot. Lepiej więc sprawdźmy pochodzenie naszych dzieł sztuki sami i jak najszybciej...
Rafał Jabłoński