|
Z pamiętnika grzybiarza:
Pogodny ranek, podjeżdżam do w ogóle nieznanego mi lasu. Rekonesans, w zasadzie nie spodziewam się wielu grzybów bo i grzybiarzy niewielu wysiada z autobusu. Godzina chodzenia i prawie nic. Wtem, oczom nie wierzę - granat, moździerzowy. Ceramiczny zapalnik, tyle jeszcze odróżniam. Kolejne chwile zbierania grzybków i siatka prawie pusta. Po kolenych 200m jakieś dziury, widać, że nie świeżo kopane bo zarosły. Coś sterczy z dziury nieznacznie. Rozpoznaję kształt. No już mam dosyć zbierania grzybków. Przecież nie będę wracał z tym pancerfaustem w autobusie przez dwie dzielnice. Starałem się zapamiętać miejsce i pozostawiłem oba znaleziska. Wracając do wioski schylam się poraz kolejny, nie po grzybki. Znalazłem coś co przypominało łudkę z nabojami do karabinu. Cztery czy pięć sztuk pocisków, tylko że kaliber nie był karabinowy. To były pociski armatnie, około 40-50 mm prawdopodobnie ppanc jak później się dowiedziałem. Czubki pocisków były ścięte (bez zapalników?). Łuski były zrobione ze zwijanej blachy stalowej, tak skorodowanej, że laski prochowe wysypały się w całości.
Rano w pracy próbuję wejść w kontakt z jakimiś saperami ( nie wiem dlaczego nie z policją). Najpierw głośno zastanawiają się czy to aby ich rejon, ale są szybcy jak mówię ile tego jest. Jadę z nimi. Honkerem. Najwięcej problemów mamy z pancerfaustem. Szukamy go godzinę, kilka razy trałujemy ten sam teren i w końcu, możemy wracać ze "zbiorami".
Na skraju lasu piaszczyste boisko. Chłopcy w wieku największej ciekawości (8-10 lat) grają w piłkę, ale obserwują dzielnych wojaków, też chcą się przydać.:
- panowie zagrajcie z nami w piłkę
- może innym razem, musimy wracać
- no zagrajcie, to pokażemy wam gdzie leży bomba (wyjaśnię, że znaleziony przy mrowisku granat moździeżowy był owym przedmiotem i prawdopodobnie był dotykany, noszony, służył chwaleniu się, itp.)
Ręce opadają. Pozostał powrót. Panowie proponują, że skoro mnie przywieźli to podrzucą do miejsca skąd mnie zabrali. Chętnie się zgadzam, ale po chwili już nie jestem pewien. Otwierają ciężką metalową skrzynię między siedzeniami. Skrzynię wypełnia może 10 cm warstwa trocin (czy piasku), ląduje wnich granat (i reszta oprócz pancernej pięści)) i obkładany jest jeszcze kołkami, aby się nie przemieszczał. Pancerfaust ląduje pod siedzenia. Jedziemy. Klapa skrzyni podskakuje na wybojach, a oni patrzą w okna albo już ćwiczą oczka. Jeden z nich widzi jak się pocę, w końcu po moich dziwnych pytaniach (może wy..?) wkłada drewn. klinik pod klapę i dodatkowo dociska ją butami. Już lepiej. Rura z gruszką w tym czasie na zakręcie wytacza się nieznacznie i lądują na niej inne stopy. Tu wspomnę szczegół, ta rura miała podniesiony przyrząd celowniczy, ciekaw jestem czy była porzucona przez wojaka w gotowości , odbezpieczona? A jeszcze w lesie powiedzieli, że granat 100% sprawny tylko mógł rykoszetować od drzewa, spaść na płasko lub mieć trajektorię po zboczu pagórka. Gdyby go zrzucić odpowiednio, z wysoka, na twarde, eksplodowałby. Tak powiedzieli. Domyślam się, że w ognisku... Tego mówić nie musieli.
c.d: kilka dni później, zupełnie inne miesce, różnica 10 km, zwyczajny spacer po lesie, znanym lesie. Jakieś dziury w pobliżu nakopane, nie po dzikach chyba bo leżą dwa dziwne przedmioty wielkości takiej powiedzmy dużej puszki z brzoskwiniami, tylko że sciany tulipanowo rozdęte na zewnątrz. Już wiedziałem, to zdetonowane niemieckie miny, takie co wyskakują na metr w górę. W środku mniejsza puszka, a przestrzeń pomiędzy wewn. a zewnętrzną puszką wypełniały jeszcze resztki taśmowo naciętego pręta. Czyli nie wszystkie odłamki wyleciały przy eksplozji. Dokładny opis takiej miny widziałem kiedyś na Discovery, tylko tam mówili o kulkach, tu były cięte krótkie odcinki drutu.
A dlaczego o tym piszę? Jaki ma to związek z powyższym tematem?
Odległe od siebie miejsca, więc wskazanie, że nie był to efekt pracy jednej osoby z wykrywaczem. Opisałem tyko 2 miejsca ze znaleziskami potencjalnie niebezpiecznymi, jest więcej dziur, ale już do nich nie zaglądam. Ostatnio jeździłem z gośćmi radiowozem po lesie w kolejnym miejscu, identyczny granat i inne niewybuchy, tym razem nie wykrywacz, ale nieodpowiedzialni operatorzy koparki - robili wykopy pod jakieś rury wzdłuż leśnej drogi, pozostawili, nie zgłosili...Dlaczego to mnie musiało się przytrafić?
Dlaczego piszę? Gdybym połknął bakcyla i nie mógłbym żyć bez wykrywacza to ciężko byłoby pogodzić się z taką ustawą. Działałbym w konspiracji. Pewnie też kiedyś chciałbym tego popróbować.
Jednym z argumentów wprowadzenia takiej ustawy było to co opisałem. Szczerze współczuję uczciwym wykrywaczom, a jednocześnie cieszę się, bo mój syn dorasta i jeśli nawet zdołam go uświadomić, to może znajdzie się kolega-fascynat i powie mu, mam w piwnicy...chcesz obejrzeć?
Aby nie było wątpliwości, przedstawione tu wydarzenia są prawdziwe.
|