Powstanie Warszawskie w oczach dziecka
Czas odlotu do krainy innej (1)
1 sierpnia 1944 roku ranek był pogodny i słoneczny. Wczesnym popołudniem Mama poszła ze mną na spacer. Lubiła dalekie spacery, a ja - 3,5-letnie dziecko - najwyraźniej też nie bałem się wędrówek.
Mieszkaliśmy w domu przy ul. Książęcej. Pamiętam jak przez sen: typowa warszawska kamienica, brama; w głębi podwórze, kilka pięter. Mieszkaliśmy chyba na trzecim piętrze. Pamiętam, jak rodzice wyglądali przez drzwi balkonowe, bo po niebie niósł się grzmot samolotów. Wszyscy czekali na samoloty alianckie. Nie doczekali się ich we Wrześniu... Wierzyli, że przylecą teraz.
Bałem się o nich, bo balkon był urwany, poniżej zionęła kilkupiętrowa przepaść.
Ale w głosach Rodziców było jakieś napięcie emocjonalne. I oni, i wszyscy inni na coś jakby czekali. Ten nastrój oczekiwania udzielił się także mi; wyczuwałem jakąś radość. Działo się coś, czego nie rozumiałem, ale czułem, że dzieje się coś ważnego, że coś ważnego się stanie.
To pewnie był obiad - Mama ugotowała gorący bób. Zajadaliśmy się bobem; było biednie, nie można było wybrzydzać. A ja bardzo lubiłem gorący bób.
Zaraz po obiedzie Ojciec się żegnał z Mamą i ze mną, gdzieś się bardzo śpieszył. Wpadł zresztą na chwilę do domu, coś Mamie po cichu opowiadał. Mama płakała, ale nie były to łzy żalu czy rozpaczy. W tych łzach była odrobina radości. Ten nastrój, przedziwny nastrój powagi, niepokoju, oczekiwania wciąż jest we mnie, jak echo tamtego dnia.
Ojciec śpiesznie wyszedł, a Mama poszła ze mną na spacer. Pamiętam - szliśmy pod potężnym masywem mostu księcia Józefa Poniatowskiego, który zawsze robił na mnie ogromne, niesamowite wrażenie.
A potem - pod wiaduktem mostu kolejowego, i dalej wśród jakichś zaułków, szliśmy, aby ujrzeć Wisłę. Gdy mijaliśmy most kolejowy - rozległ się straszny huk: na most wjechał niemiecki pociąg pancerny. Jakieś wrażenie dalekiej grozy, ale Mama szła dalej. Lubiła to miejsce, to już były prawie peryferia miasta. Już widzieliśmy Wisłę, a tuż nad brzegiem rzeki prowadziła wąska jezdnia.
Było pusto i cicho. Mama prowadziła mnie prosto do pomnika Syreny, stojącej nad brzegiem Wisły.
Nie było stamtąd słychać odgłosów miasta. Wisła bezszelestnie płynęła "po płaszczu plemion". Mama widać lubiła ten pomnik, postawiony tutaj, nad samą Wisłą, tuż przed wojną.
Warszawska Syrena - Krystyna Krahelska - patrzyła spokojnie na płynącą w dal Wisłę, w rękach trzymała miecz i tarczę.
Mama coś mi opowiadała, pewnie mówiła o bohaterskiej Syrenie, która broni Warszawy, a może o Krysi Krahelskiej, która pozowała do pomnika.
I nagle w tej ciszy, której nie mąciły nawet krzyki ptaków - rozległy się dalekie echa wystrzałów, salwy karabinowe. To właśnie tam usłyszeliśmy pierwsze strzały Powstania.
Któż z nas mógł wiedzieć wówczas, że właśnie w tej chwili, w pierwszych minutach Powstania, ginęła na dalekich Polach Mokotowskich warszawska Syrena - młodzieńcza poetka, Krystyna Krahelska?
Czy spełniło się to, co było modlitwą, prośbą, którą zawarła w jednym z ostatnich wierszy?
Gdy przyjdzie czas
odlotu do krainy innej,
Chcę odlecieć
w porywie szczęścia i natchnienia,
Jak ptak, co odlatując z ziemi
niegościnnej,
Ziemię na niebo zamienia.
"Ten żołnierzyk śpi"
Pierwsze strzały! A więc zaczęło się... Powstanie! Mama posadziła mnie "na barana" i pobiegła do domu. Gdy wbiegała w ulicę Książęcą, już z daleka widać było, że koło naszego domu dzieje się coś niezwykłego. Słychać było wciąż strzały, ludzie chowali się po bramach, ostrzegano się wzajemnie, gdzie jest ostrzał niemiecki.
Skacząc od bramy do bramy, Mama dobiegła do naszego domu. W bramie stała duża grupa ludzi, część z nich to mieszkańcy kamienicy, inni przechodzili tędy ulicą, i tu ich zatrzymały pierwsze strzały Powstania.
Ludzie stali w bramie domu. Panowała jakaś taka dziwna cisza. Nikt nic nie mówił. Wszyscy płakali.
Naprzeciw bramy, na środku ulicy Książęcej, leżał młody żołnierz Powstania z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Nikt do niego nie mógł podejść, bo był silny ostrzał niemiecki. Czekano na zmierzch. Mama szybko przecisnęła się przez tłum stojący w bramie, ale ja zdążyłem zapytać:
- Mami... Czemu ten żołnierzyk tam leży?
- Ten żołnierzyk... śpi - odpowiedziała cicho Mama.
Poszliśmy na górę, do naszego mieszkania. Ojca nie było. Gdzieś z daleka i z bliska niosły się echa strzałów karabinowych.
Ostatnie promienie słoneczne w barwach czerwieni powoli szarzały, nadchodził zmierzch; kończył się pierwszy dzień Powstania.
Na stole w pokoju stał talerz, a na nim zimny już bób. Zjedliśmy ten bób - i nie wiedzieliśmy wtedy, że zawsze, do końca naszych dni, bób będzie nam przypominał pierwszy dzień Powstania.
Gdy przejeżdżam Książęcą, staram się wyobrazić sobie, gdzie stał nasz dom. Po gęstej zabudowie nie został żaden ślad. Ocalał tylko jeden dom - dom parafii św. Aleksandra. Wszystkie budynki przy biegnącej w dół ulicy Książęcej zostały przez Niemców zburzone. Książęca, jak zawsze, pnie się stromo w górę do pl. Trzech Krzyży. Przy ulicy jest chodnik. Ale tam, gdzie stały domy, uderza w oczy zieleń trawy. Tamta ulica Książęca, jak wiele innych warszawskich ulic, już nie istnieje...
Ucieczka z ulicy Książęcej
Niemiecki ostrzał od strony Wisły był coraz silniejszy. Przez nasz dom przechodziły gromady ludzi, mieszkańców domów na Powiślu, którzy uciekali przed Niemcami.
Tam, gdzie wchodzili Niemcy, zaczynały się rozstrzeliwania mieszkańców, gwałty, rabunki, podpalanie domów. Ludzie opowiadali straszne rzeczy o ich okrucieństwie.
Po kilku dniach do naszego domu zbliżyli się Niemcy. Trzeba było uciekać. Ludzie pakowali toboły, walizki, plecaki, opuszczali dom.
Nie można było wyjść na ulicę, więc szukano przejść piwnicami. Ludzie byli zrozpaczeni. Niektórzy bardzo się bali. Moja Mama była dzielna i odważna, dodawała wszystkim otuchy.
Miała przy sobie małe dziecko - ale to nie przeszkadzało jej ratować innych!
Któregoś dnia Mama zdecydowała, że dalsze przebywanie w domu jest niebezpieczne, bo już jutro posterunki powstańcze mogą się wycofać, tak wielki był napór Niemców. Powstańcy co jakiś czas pojawiali się, informowali mieszkańców o sytuacji na ich odcinku, proponowali opuszczenie domu i wyjście w kierunku placu Trzech Krzyży.
Sytuacja stawała się groźna. Mieszkańcy wyruszyli więc piwnicami, przechodzili przez piwnice kolejnych domów, posuwali się w górę ulicy Książęcej, w kierunku placu Trzech Krzyży.
Pamiętam, że w nocy wszyscy zagubili się w labiryncie piwnic, bo były tam piwnice kilkukondygnacyjne, domy stały przecież na skarpie.
Powstała panika, ludzie rozpaczali, chcieli szukać wyjścia na ulicę. Mamie udało się opanować sytuację. Nagle dojrzała wysoko, nad głowami, jakieś światełko.
Okazało się, że w górnej kondygnacji piwnic było okienko. Ale jak tam wejść? Było przecież bardzo wysoko. Szukano drabin. Wreszcie mężczyźni znaleźli dwie drabiny, powiązano je sznurami; teraz wszyscy po kolei wspięli się do górnej kondygnacji piwnic, a tam, przez niewielkie okienko piwniczne, wyszli na tyły domu, który stał frontem do placu Trzech Krzyży. Była to ogromna kamienica czynszowa, miała front i trzy oficyny, czyli były tam aż trzy podwórza.
Cała grupa uciekinierów z ulicy Książęcej znalazła się teraz w bezpiecznym miejscu, za frontem powstańczym, w wielkiej kamienicy, gdzie wszyscy znaleźli jakiś kątek dla siebie.
Budowa barykady
Ogromny budynek, który stał frontem do placu Trzech Krzyży, przed wojną mieścił słynną warszawską szkołę - gimnazjum Kazimierza Kulwiecia. Do tego gimnazjum uczęszczał mój Ojciec, gdy w 1919 roku rodzina przedarła się z objętej rewolucją Rosji do Polski. Tu też zdawał maturę, kiedy po Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 roku (brał w niej udział jako 16-letni ochotnik) powrócił spod Radzymina cały i żywy do swej szkoły.
Teraz w tym ogromnym, wielopiętrowym budynku mieszkały setki ludzi. Byli tam stali mieszkańcy, a także przybysze z Powiśla, tacy jak my, którzy uciekali przed Niemcami.
W takiej ogromnej rzeszy ludzi nie było łatwo o zachowanie porządku i spokoju. Potrzebny był ktoś, kto umiałby zapanować nad nastrojami, ktoś silny psychicznie. Zorganizowano więc mieszkańców i mieszkańcy wybrali moją Mamę na komendanta obrony cywilnej.
Mama się zgodziła. Była wybitnym instruktorem harcerskim, a swą służbę harcerską rozpoczęła we Lwowie, gdzie w 1918 roku jako 11-letnia dziewczynka brała udział w obronie tego miasta.
To "Orlę lwowskie" broniło wraz z innymi harcerkami Warszawy w 1939 roku, pełniąc służbę cywilną na Dworcu Głównym. Postawa Mamy była tak zdecydowana, że to właśnie jej mieszkańcy domu przy placu Trzech Krzyży powierzyli trudne stanowisko.
I tu zaczyna się jeden z pierwszych moich "filmów" z Powstania. Do dziś widzę nie tylko obraz, ale całe wydarzenie - budowę barykady...
Komenda Obrony Cywilnej i mieszkańcy domu podjęli decyzję o budowie barykady. Barykada miała osłonić bramę; należało tylko pozostawić wąskie przejście pod ścianą kamienicy, aby na wypadek niemieckiego ataku dom mógł się bronić.
Na jednym z podwórzy domu lewa część oficyny była już zawalona po ataku lotniczym. Na podwórze jak górskie piargi wysypało się osypisko gruzów. Z tego rumowiska mieszkańcy domu zabierali cegły.
Wtedy - po raz pierwszy w Powstaniu - zobaczyłem na własne oczy, jak budowano barykadę.
Na zboczu stromego gruzowiska, wysoko, może na wysokości 1 lub 2 piętra, stał mężczyzna z kilofem i rozkuwał fragmenty zburzonych murów, a następnie pojedyncze cegły ostrożnie rzucał na dół, na podwórzu zaś stał szereg ludzi - podawali sobie cegły z rąk do rąk. Pamiętam, że co jakiś czas mężczyzna ten zastygał nieruchomo i uważnie spoglądał w niebo. A gdy nie słychać było ryku nadlatujących samolotów, znów zaczynał rzucać cegły.
To był widok tak imponujący, tak niesamowity - jak błyskawicznie przekazywano sobie z rąk do rąk cegły i jak przed bramą kamienicy w oczach rosła barykada!
Ten łańcuch ludzi podających sobie cegły widzę do dziś. Całe życie mówił mi on o niepokonanej potędze ludzkiej wspólnoty. Ja też wówczas, choć byłem mały, pragnąłem budować barykadę. I starałem się pierwszy chwytać cegły spadające w dół z wysokiego gruzowiska. Pan, który stał wysoko, rzucał jednak tylko połówki cegieł, aby zająć małe dziecko, ale też po to, aby było ono w stanie nosić cegły na barykadę. Pamiętam, że byłem niezadowolony, gdy omijał mnie i rzucał całe cegły dorosłym stojącym najbliżej gruzowiska. Dziś to wspomnienie jest dla mnie źródłem szczęścia, jestem szczęśliwy, że mogłem wraz z innymi budować powstańczą barykadę.
Dzielna postawa małego dziecka była dla mieszkańców pokrzepieniem i zachętą do wytrwania. Poszukując żywności, skradali się o zmroku do ogrodów Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych i przynosili stamtąd ziemniaki, pomidory, warzywa. W nagrodę za pracę przy budowie barykady dostałem pewnego dnia od jednego z mieszkańców naszego domu pięknego, czerwonego pomidora.
Dziś trudno zrozumieć wagę tego prezentu, ale wtedy w Warszawie panował głód.
Trudno nam dziś w ogóle to zrozumieć jak Warszawa - oblężona przez Niemców, odcięta od dostaw żywności - przetrwała aż 63 dni Powstania! Głód był codziennym doznaniem mieszkańców stolicy, ale jednak trwali. Nie było wody; trzeba było ją zdobywać, ludzie nie mieli co pić, a co dopiero mówić o myciu.
To, że warszawiacy przetrwali 63 dni bez regularnych dostaw żywności, było cudem solidaryzmu społecznego. I jeśli ci, co przeżyli koszmar Powstania, mogą w nim widzieć coś wspaniałego, coś olśniewającego - to właśnie dlatego, że wszyscy przeżyli wówczas tę solidarną postawę mieszkańców.
Dziś można powiedzieć, że był to może najwyższy w naszych dziejach duchowy wzlot społeczeństwa chrześcijańskiego, które stanęło wobec najwyższych, niepokonywalnych trudności, ale które stanęło zarazem na wyżynach, będących jednym z najwyższych szczytów moralnych w dziejach ludzkości.
Władysław A. Terlecki
www.naszdziennik.pl http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my31.txt
Powstanie Warszawskie w oczach dziecka
Czas odlotu do krainy innej (2)
Dom przy placu Trzech Krzyży w sierpniu 1944 roku trwał szczęśliwie, był jakby twierdzą graniczną między placem a nieodległą skarpą wiślaną, gdzie w sierpniu trwały zacięte walki oddziałów powstańczych broniących placu Trzech Krzyży przed niemieckimi atakami z Powiśla.
Czerwień krwi Orlęcia Warszawy
W jednej willi, stojącej niedaleko, na skarpie, zachowała się do dziś bezcenna relikwia.
Broniący się na klatce schodowej żołnierz powstania, ciężko ranny lub zabity, pozostawił po sobie ślady krwi, która zabarwiła marmur posadzki. Do dziś tę przelaną krew doskonale widać. Po tych marmurowych schodach powinno się chodzić na kolanach...
Walczący i ginący na skarpie, u podnóża gmachu YMCA i Instytutu Głuchoniemych, powstańcy nie dopuścili do niemieckiego ataku na tyły naszej kamienicy i przez cały sierpień z tamtej strony nie zagroziło nam niebezpieczeństwo.
Niestety - równie groźne były inne formy niemieckich ataków - przede wszystkim naloty Luftwaffe, ostrzał z moździerzy salwowych, zwanych przez warszawiaków "krowami" lub "szafami", a także zbrodnicza działalność niemieckich dywersantów, zwanych "gołębiarzami", którzy przenikali na tyły walczących oddziałów powstańczych i z ukrycia strzelali do ludności cywilnej. Często posiadali oni znakomitą broń strzelecką.
Celem ich niehonorowej, niegodziwej i zbrodniczej walki z ludnością cywilną miało być sterroryzowanie mieszkańców, zastraszenie i wywołanie wrogości wobec żołnierzy powstania.
Dywersanci ci przeważnie ukrywali się na strychach, strzelali przez dymniki i dlatego zwano ich "gołębiarzami".
Przez nasz dom przy placu Trzech Krzyży codziennie przewijało się wiele osób. Przy bramie stały obywatelskie posterunki, sprawdzano, czy wśród przechodzących nie ukrywają się dywersanci niemieccy.
Komendantka obrony cywilnej była harcerką, instruktorem harcerskim mającym doświadczenie bojowe, więc służba obrony cywilnej była pełniona wzorowo i dom stał się faktyczną twierdzą. Wszystkie przejścia były strzeżone, organizowano pomoc najbiedniejszym i potrzebującym opieki. Mieszkańcy domu mieli poczucie bezpieczeństwa, mimo że na tyłach domu, na skarpie wiślanej, cały czas trwały walki z Niemcami.
Ale przecież nikt nie mógł być bezpieczny w Warszawie w czasie Powstania, mieszkańcy Warszawy i powstańcy nie mieli bezpiecznych miejsc. Tylko Niemcy mogli po walkach odpocząć na dalekich tyłach, gdzie nic im nie groziło, tam mieli szpitale i kantyny, nie znali grozy nalotów nurkujących samolotów szturmowych junkers czy stukas.
Kończył się sierpień 1944 roku. Dla placu Trzech Krzyży i najbliższych okolic nadeszły tragiczne dni straszliwych bombardowań lotniczych.
Zbombardowanie kościoła św. Aleksandra
Piękny, ogromny, secesyjny front naszej kamienicy stał przy placu Trzech Krzyży, prawą oficyną dotykał Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych.
Brama wychodziła wprost na stojący pośrodku placu kościół św. Aleksandra. Chodnik jest w tym miejscu dość szeroki, potem jezdnia i zaraz za jezdnią kościół.
Nie pamiętam wnętrza kościoła św. Aleksandra, choć na pewno z Mamą chodziliśmy tam bardzo często. Kościół był ogromny, miał dwie wielkie wieże, pod nim był kościół dolny, w którym wierni czuwali na nieustającej modlitwie.
W końcu sierpnia Luftwaffe rozpoczęła planowe naloty na okolice naszego placu. Niemcy bombardowali ulicę po ulicy. Gwizd pikującego samolotu był sygnałem, że natychmiast trzeba się schronić.
Ale gdzie? Najbezpieczniej było w piwnicach, ale przecież pod ciężarem walących się domów zawalały się często także piwnice. Po każdym nalocie załoga domu, wszyscy mieszkańcy starali się ustalić, czy gdzieś nie zostali zasypani ludzie. Wtedy natychmiast przystępowano do odgruzowania.
Ale jakże często nad miejscem, gdzie jeszcze mogli być w piwnicach zasypani żywi mieszkańcy - leżały setki ton gruzów piętrzące się na wysokość kilku pięter. Dlatego organizując schrony w piwnicach, obrona cywilna zawsze starała się przygotować kilka wyjść na różne strony, aby w przypadku zawalenia jednego wyjścia ludzie mogli wydostać się innym.
Któregoś dnia nastąpił nalot w pobliżu naszego domu. Wszyscy zbiegli do piwnic. Za jedną falą junkersów nadlatywały następne. Ziemia drżała, huk wybuchów potężną falą uderzał w uszy.
Mieszkańcy naszego domu byli już w piwnicach. Mama zabrała także mnie i zbiegliśmy szybko schodami do piwnicy.
Mama podeszła do okienka piwnicznego, które wychodziło na plac Trzech Krzyży. Wzięła mnie na ręce i posadziła na framudze okna. Patrzyliśmy na pusty plac. Przed nami piętrzył się wielki masyw kościoła św. Aleksandra.
Usłyszeliśmy nagły gwizd nadlatującego samolotu. To, co się za chwilę stało, było tak szybkie i niesłychane, że nikt zapewne nie zorientował się, co się dzieje.
Dziś, po latach, muszę zamknąć oczy, aby przywołać tamtą chwilę. Stało się wtedy coś przeciwnego naturze: trwałe, niezmienne, wyniosłe mury kościoła św. Aleksandra jakby drgnęły.
Zaczęły się chwiać. Buchnął nad nimi słup ognia. Mury zaczęły się powoli osuwać tak, jak osuwali się na ziemię rozstrzeliwani w egzekucjach ludzie.
Agonię świątyni osłonił ogromny tuman białego pyłu i kurzu. I wtedy pod nasze okienko piwniczne podmuch wybuchu odrzucił małego aniołka, który przez dziesiątki lat chwalił Boga zapewne gdzieś pod sufitem świątyni. Aniołek padł, tuż pod murem naszej kamienicy, z odtrąconymi skrzydełkami.
Nastała cisza. Niemieckie samoloty odleciały.
Mieszkańcy kamienicy wybiegli na ulicę. Zebrał się tłum, wszyscy wybiegali zobaczyć, co się stało. Powoli opadał biały tuman kurzu.
Wtedy oczom wszystkich ukazał się straszliwy widok: kościoła św. Aleksandra już nie było. Ocalała jedna wieża, ruiny drugiej leżały na placu. Pozostała resztka jednej ze ścian świątyni.
I wtedy rozległ się wielki płacz. Mama płakała... Płakali wszyscy, którzy stali i patrzyli na swoją świątynię, która jeszcze przed chwilą tu istniała, która była najpiękniejsza cząstką ich życia i arką nadziei, a miała być tak trwała i tak pełna mocy, jak sam Bóg.
I wtedy, wśród tej ciszy, napełnionej łkaniem, rozległ się jasny, promienny głos dziecka:
- Mami! Nie płacz! Ja ci ten kościół odbuduję!
"Kto zniszczy świątynię - tego zniszczy Bóg"
Po zbombardowaniu kościoła św. Aleksandra mieszkańców naszej kamienicy napełniła żałoba. To wydarzenie padło cieniem na dusze ludzkie. Może niektórzy odczytali to jako zapowiedź nadchodzących tragicznych wydarzeń?
Lecz Mama nie upadła na duchu. Jej promienna nadzieja podtrzymywała innych. Zresztą wszyscy czuli, że skoro Chrystus Pan zginął za nas, to my też musimy ofiarować się za innych. Zagadnienie ofiary i cierpienia, tak dziś zapomniane i odsuwane, wtedy nabrało innego znaczenia.
Któż nie wspominał wówczas dawnych lekcji historii, któż nie pamiętał wizji mesjanistów polskich?
Te wizje, znów dziś odsuwane na daleki margines abstrakcji i absurdu, żyły wtedy i jakby rosły - w miarę, jak osuwało się na kolana bohaterskie miasto poddane codziennej śmierci i codziennej zagładzie.
Polska Chrystusem Narodów! Polska cierpi, aby zbawić innych, aby zbawić świat!
Dziś może to kogoś dziwić i śmieszyć, ale wtedy - chyba tylko te myśli pozwalały trwać i wytrwać w codziennym piekle na ziemi. Codziennie przecież naloty stukasów i junkersów obracały wniwecz dziesiątki domów, a czasem - całe ulice.
Z myślą o cierpieniu, o zbawczej ofierze, budzili się mieszkańcy oblężonego miasta, z tą myślą kładli się spać. Jakże inaczej można byłoby odnaleźć sens tego, co się dzieje, i sens własnych cierpień, sens zagrożenia śmiercią w każdej dosłownie chwili?
Co czuły matki, gdy niekiedy na ich oczach, w strasznej męce, ginęły ich dzieci? Gdzież mogłyby znaleźć nadzieję i pocieszenie, gdyby nie przytuliły się do stóp tej Matki, która stała skamieniała z bólu na wzgórzu Golgoty, pod Krzyżem swego Syna?
Stała Matka bolejąca, koło krzyża,
łzy lejąca,
Gdy na krzyżu wisiał Syn.
A Jej duszę potyraną, zapłakaną,
rozszarpaną,
Miecz przeszywał ludzkich win.
O, jak smutna, jak podcięta, stała
Matka Boża święta,
Cicha w załamaniu rąk.
Jak bolała, jak truchlała, i konała,
gdy patrzała
Na Synowskich tyle mąk.
Któż z nas wie, ileż to matek, patrząc na śmierć swych dzieci w dniach powstania, wśród łez rozpaczy czuło, że stanęły koło tamtej Matki na Golgocie ludzkości? Czy w takich chwilach mogły wymawiać inne słowa niż te, które przywołaliśmy w wierszu "Stabat Mater"?
Po dziesiątkach lat Papież Paweł VI powiedział, że "Polska ma charyzmat cierpienia". Te słowa wielkiego Papieża nie były wtedy znane, ale ich sens musiał być czytelny dla wszystkich, którzy trwali w powstańczej Warszawie.
Warszawa nie chciała umierać! Warszawa chciała żyć! I o to życie Warszawa walczyła! Ale przecież ci wspaniali ludzie - warszawiacy epoki 63 dni powstania - na co dzień od swych kapłanów słyszeli o "krainie innej", dokąd wszyscy zmierzamy, dokąd odeszli polegli bohaterowie.
I tak powstawał Kościół bez murów, bez ścian, bez kolumn i bez sklepień - Kościół męczenników, którzy poszli za Chrystusem, i Kościół wyznawców, którzy w śladach męczenników widzieli dla siebie jedyną drogę nadziei.
I podkreślmy to z całą mocą: Warszawa walczyła ze złem tego świata, z podłością, przemocą, ze zbrodnią. Warszawa chciała, aby świat był inny i - za taki właśnie świat, w którym panowałoby prawo miłości, sprawiedliwość i braterstwo - Warszawa oddała swoje życie.
Władysław A. Terlecki
www.naszdziennik.pl http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my11.txt
Sanitariuszki
1 sierpnia 1944 r. rano otrzymałyśmy rozkaz, że mamy stawić się na ul. Sosnowej z apteczkami i żywnością na trzy dni. Zebrałyśmy się więc w wyznaczonym miejscu, czekając na dalsze rozkazy. Około godz. 13.00 zdecydowałyśmy, że pójdę do jadłodajni jarskiej w Alejach Jerozolimskich i przyniosę stamtąd obiad. Tak też zrobiłam. Po obiedzie nasza patrolowa Baśka Kostrzewianka i drużynowa z hufca "Ochota" oświadczyły, że pognają do domu na Wilczą po więcej tłuszczu.
O godz. 16.00 usłyszałyśmy strzały. Baśka nie wracała. Ja, jako zastępczyni patrolowej, objęłam tymczasową komendę patrolu sanitarnego. Było nas teraz cztery - ja, drużynowa "16" i dwie moje zastępowe: Majka Krassowska i Baśka C. oraz Lilka, również harcerka z hufca "Ochota".
Niedługo goniec przyniósł nam rozkaz, że mamy zameldować się u dowódcy kompanii na Chmielnej. Ruszyłyśmy Chmielną w stronę Wielkiej. Strzelano. Nie mogłyśmy się zorientować, skąd padają strzały, ale szłyśmy już ostrożniej, pod murami kamienic, przesuwając się szybko od bramy do bramy. Tu pierwszy raz w czasie Powstania zobaczyłyśmy trupa dopiero co zabitego młodego mężczyzny.
Na podwórzu wskazanego domu zobaczyłyśmy kilka patroli sanitarnych, parę łączniczek, dużo chłopców z Armii Krajowej.
Zameldowałyśmy się. Na razie nie było nic do roboty. Wkrótce zaczął się palić dom na Chmielnej, przez którego bramę weszłyśmy. Zaczęłyśmy pomagać przy gaszeniu i wynoszeniu rzeczy mieszkańców.
Potem, gdy czekałyśmy na dalsze rozkazy, słyszałyśmy, że chłopcom zabrakło amunicji, po którą trzeba iść na drugą stronę Marszałkowskiej. Paru chłopców poszło... Czekano... Nie wracali. Okazało się, że są ranni i leżą przy rogu Wielkiej. Poszło kilku innych.
Tymczasem zapadał zmierzch, ale blask bił od palących się drewnianych baraków na tyłach Dworca Głównego.
Dowódca zwrócił się do patroli sanitarnych, czekających bezczynnie na podwórzu: "Który patrol pójdzie na ochotnika po rannych chłopców?" Zgłosiłam nasz patrol. Ruszyłyśmy, biorąc dwie pary noszy. Gdy dochodziłyśmy do Wielkiej, zaczęła się strzelanina. Majka i Baśka zabrały jednego rannego i wycofały się z nim do bramy. Lilka została ranna, więc cofnęłam się do bramy, żeby ktoś wziął ze mną nosze i poszedł po rannych. Właśnie Majka i Baśka wyruszały ponownie. Strzelanina znów się wzmogła. Po chwili dotarła do mnie wiadomość od chłopców, którzy widzieli przez okno, że obie są ranne.
Nie miałam z kim ruszyć ku nim. Zresztą to było beznadziejne. Postanowiłam dotrzeć do nich przez ulicę Wielką, gdzie leżały na samym rogu Wielkiej i Chmielnej. Podwórkami, przebitymi w piwnicach otworami, dotarłam do trzeciego domu na rogu Chmielnej. Zaczął mżyć deszcz. W bramie stała grupa cywilów. Zwróciłam się do nich z pytaniem, czy ktoś nie pomógłby mi przynieść rannych. Od grupy oderwali się mężczyzna i młoda kobieta. Ruszyli za mną. W mroku posuwaliśmy się pod murem. Znowu rozległy się strzały. Kobieta przypadła do ziemi, mężczyzna schował się za latarnię. Ja również padłam plackiem na chodnik. Po chwili strzały umilkły. Kobiety nie zobaczyłam. Mężczyzna, skulony za latarnią, był ranny w obie ręce. Wycofał się do bramy kamienicy, z której wyszliśmy. Zostałam sama. Byłam pod bramą parterowego domu, drugiego od rogu Chmielnej. Przy oknie wystawowym sklepu leżała ranna sanitariuszka. Wsunęłam się w bramę tego domu, na podwórzu z trudem odszukałam właściciela sklepu i zażądałam, żeby wpuścił mnie przez sklep i podniósł kratę, gdyż tuż obok leży ranna. Właściciel nie chciał. Bał się. Powiedział, że następnego dnia Niemcy go za to rozstrzelają.
Wreszcie, nie pamiętam już jak, udało mi się skłonić go do wpuszczenia mnie do sklepu. W rannej i nieprzytomnej dziewczynie poznałam znaną mi z widzenia harcerkę. Z trudem zaczęłam przesuwać ją bliżej otworu drzwi sklepu, gdyż była to dziewczyna tęga i ciężka. Znów zaczęto do nas strzelać, być może wtedy trafiła ją śmiertelna kula. Gdy wreszcie wciągnęłam ją do sklepu - nie żyła.
Do dziewcząt na rogu ulicy było daleko - długość dwóch domów, tego parterowego i wysokiego kilkupiętrowego szarego budynku szkoły.
Muszę tam dotrzeć. Nogi ciążyły mi jak ołów. Strach... Nie miałam już nikogo do pomocy i nikogo nie szukałam. Ledwie wlokąc za sobą ociężałe nogi, czołgając się po mokrym chodniku przy samym murze domu, posuwałam się z wolna ku rannym. Znów zaczęto strzelać. Starałam się wtulić w mur. Nade mną kule biły w ścianę, sypały się tynk i odpryski cegieł. Przez cały czas nie mogłam zrozumieć, skąd padają kule. Przecież z dworca, który znajdował się w rękach Niemców, byłam teraz niewidoczna. A jednak ktoś mnie dobrze widzi i chyba z dość bliska, bo kule omijają mnie tylko o centymetry, choć jest już prawie zupełnie ciemno.
Wreszcie dotarłam do Majki. Leżała za kupą gruzów pod murem. Powoli uniosłam jej bluzę i dostałam się do rany. Nie krwawiła. Założyłam opatrunek i obandażowałam. Teraz próbowałam ciągnąć Majkę ku bramie na Wielkiej. Zaczęto strzelać. Zamarłyśmy bez ruchu. Gdy ucichło - znów usiłowałam ciągnąć Majkę. Nie mogłam dać rady. Majka, widząc to, powiedziała: "Ineczko, sama nie dasz rady, a ja nie mogę ci nic pomóc. Musisz iść po kogoś". Z ciężkim sercem poczołgałam się do bramy, obiecując Mai wrócić po nią jak najszybciej. Ciągle mżył deszcz.
Wreszcie dotarłam do komendy i zameldowałam się. Komendant rozkazał chłopcom dostać się do budynku szkolnego i tam przez okienko piwnicy wciągnąć rannych.
Przez przejścia w piwnicach doszliśmy do podwórza parterowego domu, po drabinie na jego dach i stamtąd na podwórze szkoły. Była zamknięta, jednak ktoś tam mieszkał i wpuszczono nas. W piwnicy znaleźliśmy okienko, przy którym leżała Majka i chłopcy zaczęli piłować kratę. Niemcy usłyszeli to i znów zaczęli strzelać, mierząc nisko nad chodnikiem. Wreszcie krata ustąpiła. Otwór był wąski, ale można było ranną przeciągnąć. Widziałam, jak blade usta Majki zaciskają się z bólu, jak zagryza wargi, ale prosiłam: "Majko, spróbuj nie jęknąć, bo znów będą strzelać". Majka szepnęła: "Nie bój się, nie jęknę".
Ze stołków zestawiliśmy dla niej łóżko. Dowiedziałam się od Majki, że Baśka leży parę metrów dalej na ściętym narożniku domu i jest ranna w nogę. Chłopcy odeszli. Zdjęłam z Majki mokre rzeczy, nakryłam swoimi, suchymi. Majka trzęsła się z zimna. Od ludzi mieszkających w szkole udało mi się pożyczyć koc. Przykryłam ją. Czekaliśmy. Obiecano nam lekarza. Majkę chwyciły bóle. Wstrzyknęłam morfinę. Bóle ustały. Ta malutka rana Majki napawała mnie nadzieją, a nawet pewnością, że Majce nic nie grozi. Będzie żyć. Ona jednak myślała inaczej. W pewnej chwili powiedziała: "Nie żal mi, że umieram. Tylko szkoda, że tak mało się wam przydałam. Tak od razu, pierwszego dnia...". Byłam przeświadczona, że mówi głupstwa.
- Majko, będziesz żyć. Masz tylko malutką ranę w boku. Zobaczysz, jak prędko się zagoi. We wrześniu pójdziesz do szkoły... Zobaczysz!
- Nie, Ineczko. Ja umrę. Martwię się o Irkę (młodsza siostra Majki - matka nie żyła). Kto się nią zaopiekuje - Marynia (gospodyni) nie jest dobra. Co będzie z Irką?
Usiłowałam przekonać Majkę, że niepotrzebnie myśli o śmierci. Majka jednak z uporem powtarzała, że to już koniec.
Nie mogąc doczekać się na lekarza, zostawiłam przy Majce jakąś nieznaną mi sanitariuszkę, która się tam znalazła i ruszyłam na poszukiwania. Było około 4.00 nad ranem. Warszawa, zmęczona pierwszym dniem Powstania, spała. Nie było kogo zapytać o lekarza. Nie wiedziałam, gdzie go szukać. Dotarłam do dowództwa. Tu dowiedziałam się, że w ciemnościach nocy, pod osłoną udało się chłopcom przenieść Baśkę i tych rannych z rogu Wielkiej. Lilka nie żyła. Dowiedziałam się również, że strzały padły z "Astorii" - hoteliku niemieckiego na Chmielnej, tuż przy rogu Wielkiej. Nic dziwnego, że były celne.
Zobaczyłam Baśkę. Leżała na noszach z twarzą białą jak kreda. Przeraziłam się, że nie dożyje do rana. Dowódca powiedział, że nasza patrolowa Baśka K. przedarła się w nocy przez Aleje i mam natychmiast zameldować się u niej na Sosnowej. Zameldowałam się jako jedyna, która pozostała z naszego patrolu. Nalegałam, że muszę natychmiast znaleźć lekarza dla Majki i iść do niej. Baśka kazała mi iść spać. Próbowałam przekonać ją. Powiedziała: "Załatwię to sama. Ty musisz się przespać. Idź spać - to rozkaz". Z rozpaczą położyłam się. Byłam jednak tak wyczerpana, że od razu zasnęłam.
Gdy otworzyłam oczy, Baśka K. siedziała koło mnie. Spojrzałam pytająco. Baśka miała taki wyraz twarzy, iż wiedziałam, że stało się coś strasznego. Zapytałam: "Baśka nie żyje?" "Baśka żyje, Majka nie żyje". Nie mogłam w to uwierzyć. Wyjaśniła, że wkrótce po moim odejściu Majka miała krwotok wewnętrzny i skonała. Pozwoliła mi iść ją zobaczyć i pożegnać.
I znów podwórkami i piwnicami, ledwo przytomna z rozpaczy, dowlokłam się do budynku szkoły przy rogu Wielkiej i Chmielnej. Płonęły górne piętra. Zeszłam do piwnicy. Powiało chłodem i zimny podmuch zgasił mi zapałkę. Musiałam się z Majką pożegnać, zobaczyć ją po raz ostatni, a z drugiej strony bałam się tego widoku. Powoli, osłaniając chwiejący się płomyk zapałki, posuwałam się do prowizorycznych mar. Zapałki gasły, zapalałam następne. Majka leżała, tak jak ją zostawiłam, blada, poważna. "Czemu nie żyjesz, Majko? Dlaczego to nie mnie, ale ciebie zabili? Dlaczego?".
Przed południem 2 sierpnia na podwórzu wypalonej szkoły powstały trzy mogiłki, może cztery. Umieszczono na nich drewniane, zbite z deseczek krzyże. Na jednym z nich napisałam: "Sanitariuszka Majka, Maria Krassowska, lat 16 - zginęła śmiercią żołnierza".
Ina Korczewska
http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my12.txt