aarf napisał(a):
Witam
Baxter12 – prawda – popieram w całej rozciągłości. Na uwagę i szacunek zasługują jedynie żołnierze powstania. Wyżsi dowódcy (nie ukrywam – od kapitana wzwyż) powinni być pociągnięci do odpowiedzialności za ich infantylne i niedojrzałe decyzje polityczne sterowane przez Rząd Londyński oraz własne ambicje, w wyniku czego doszło do zbrodni ludobójstwa, a konsekwencje odczuwamy do dziś (pseudo politycy oraz intelektualiści, którzy rządzą dzisiejszą Polską).
...myślę, że masz rację, szkoda było kwiatu inteligencji polskiej, mogli żyć i przekazać swoje geny dzieciom, aby miały taki sam pogląd... ale również spotakłem się z taką opinią: - gdyby nie było Powstania Warszawskiego, to bunt w 1956 roku, byłby utopiony w jeszcze większej ilości krwi Rodaków :cry: ... może i to prawdziwa, piorun wie :que
co o tym sądzicie... :que :que :que
http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my13.txt
Powstanie Warszawskie w oczach dziecka
Czas odlotu do krainy innej (3)
Niemcy zbombardowali kościół św. Aleksandra 2 września 1944 roku. Kilka dni potem nieoczekiwanie przyszedł do nas Ojciec. Udało mu się przedostać pod barykadą przez Aleje Jerozolimskie. Miał przepustkę, wszystkie dokumenty były w porządku. Przyszedł dosłownie na chwilę, bo musiał natychmiast wracać na Świętokrzyską.
Ojciec - porucznik "Metody" - był zastępcą dowódcy Oddziału Bezpośredniej Osłony Dowódcy Powstania. Na życzenie generała "Montera" często służył jako przewodnik po labiryntach podziemnej Warszawy, gdy generał wybierał się na nocne inspekcje, niekiedy zdążając do najdalej wysuniętych placówek powstańczych. "Metody" był więc stale potrzebny.
I oto dotarł do nas, na plac Trzech Krzyży. To, z czym przyszedł, było zdumiewające i szokujące. Zażądał, aby Mama natychmiast wyszła z kamienicy na placu Trzech Krzyży!
Mama absolutnie się nie zgodziła. Jej odejście z kamienicy nie jest możliwe. Jest tu komendantem obrony cywilnej, ludzie jej zaufali. Po zburzeniu kościoła św. Aleksandra nastroje są bardzo złe, trzeba ludzi podtrzymywać na duchu. Ona nie może zawieść ich zaufania, nie może ich opuścić. Musi pozostać z mieszkańcami kamienicy na dobre i na złe. Mieszka tu bardzo wielu ludzi, ale akurat nie ma wśród nich nikogo, kto chciałby się podjąć takiej funkcji.
Argumenty Mamy były bardzo mocne. Na pewno Ojciec w duchu przyznawał jej rację. To było pokolenie, które żyło nie tylko dla siebie, ale także dla innych.
A jednak Ojciec ponowił żądanie, aby natychmiast zabrała dziecko i wyszła z nim od razu, teraz, bo musi już wracać. Trzeba poszukać jakiegoś innego schronienia, a potem - on musi jeszcze przejść pod barykadą przez Aleje Jerozolimskie, a to jest czasem wiele godzin czekania w kolejce, nie ma więc ani chwili do stracenia.
Lecz Mama oponowała. Nie może wyjść od razu. Musi się przygotować, to nie takie proste. Może się ostatecznie zgodzi, ale za kilka dni; teraz nie wyjdzie, nie może opuścić posterunku, musi znaleźć następcę.
I wtedy Ojciec użył argumentu, którego Mama na pewno się nie spodziewała.
Jeśli ona natychmiast nie pójdzie wraz z nim, to on wyjdzie na ulicę Książęcą - i na jej oczach zginie. Ulica Książęca, biegnąca z Powiśla w górę, do placu Trzech Krzyży, była pod stałym ostrzałem niemieckim. Wylot Książęcej znajdował się bardzo blisko miejsca, gdzie stała nasza kamienica.
A więc, jeśli zdesperowany Ojciec przejdzie przez Książęcą, to zginie, jak tamten młodzieńczy żołnierz w pierwszym dniu Powstania.
I na to Mama nie miała już żadnego argumentu. Zabrała cały nasz ubogi dobytek, uściskała przyjaciół, wzięła dziecko za rękę i poszła z Ojcem.
W dzień czy dwa dni później warkot samolotów nad placem Trzech Krzyży obwieścił kolejny straszliwy nalot. Nad naszą kamienicą zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Trafiona kilkoma bombami burzącymi, przestała istnieć. Z pięknego frontu i z trzech oficyn pozostała tylko wysoka góra gruzów.
Od lat prawie codziennie przejeżdżam przez plac Trzech Krzyży i modlę się do męczenników naszej kamienicy, którzy stąd, z tego miejsca, odeszli do krainy innej...
"Proszę, niech pani strzela!"
Od lat próbuję ustalić, dokąd zaprowadził nas Ojciec tamtego pamiętnego dnia. Ale dziś już nikt tego nie wie, chyba tylko Bóg. Udaliśmy się w kierunku ulicy Marszałkowskiej, ale nie przeszliśmy na jej drugą stronę, zresztą wtedy byłoby to zapewne niemożliwe.
Poszliśmy na ulicę Wspólną, a może to była Nowogrodzka lub Żurawia. Czuję, że to było po drugiej stronie ulicy Kruczej. Czemu tak myślę? Nie wiem.
Mama została tam ze mną, Ojciec się żegnał. Czy mogliśmy wiedzieć, że zobaczymy go dopiero za półtora roku?
W tym rejonie Śródmieścia budynki były jeszcze nienaruszone. Jak przez mgłę pamiętam ten nowy dom, który miał się stać naszym trzecim powstańczym domem.
Przypominam sobie duże podwórze, na którym stale było pełno ludzi. Naprzeciw bramy, na ścianie domu, znajdowała się piękna kapliczka Matki Bożej Częstochowskiej. Przy niej świeże kwiaty.
Wkrótce mieliśmy się przekonać, jak wielką czcią otaczana była w tej kamienicy Najświętsza Maryja Panna. Gdy wieczorem ustawał ostrzał niemiecki, mieszkańcy kamienicy schodzili się na podwórku. Wtedy w wieczornej ciszy płonęły świece, zaczynały się żarliwe modlitwy do Matki Bożej, długo w nocy śpiewano pobożne pieśni.
A gdy się wyszło w ciemną noc na ulicę, słychać było, że w innych domach także śpiewają. Warszawa była wtedy jedną wielką świątynią...
Choć wszędzie widać było tragiczne ślady wojny, choć na ulicach nie paliły się latarnie - to właśnie nocą wydawało się, jakby wojny nie było. Była modlitwa, a więc był ojczysty dom. Po modlitwie ludzie ze sobą rozmawiali. Pewnie długo trwały te "nocne rodaków rozmowy". Gdy już zasypiałem, widziałem, że Mama wychodziła na podwórze.
Mimo że było coraz gorzej, Powstanie nie otrzymało żadnej pomocy od aliantów. Mimo że coraz trudniej było o żywność i panował głód, Mama wciąż wierzyła w sens Powstania, przekonywała wątpiących o potrzebie ofiary, poświęcenia i wytrwania.
Noc była nasza, ludzie odżywali, ale dzień zaczynał się jak zawsze strasznie. Od rana naloty niemieckich junkersów zaczynały swe straszliwe żniwo. Myślę, że wszyscy bali się nalotów, a przede wszystkim zasypania żywcem. Byli też tacy, którzy słysząc nadlatujące samoloty, wpadali w panikę, nie umieli się opanować.
I trudno im się dziwić. Nikt, kto nie przeżył Powstania - nie może sobie nawet tego wyobrazić. Straszne poczucie, że zbliża się coś potwornego, że nie można nic zrobić, nie można uciec. Chowano się w piwnicach, ale nikt nie mógł zaręczyć, że sklepienie piwniczne na pewno wytrzyma.
Straszliwym niebezpieczeństwem były także moździerze salwowe - "krowy", czyli "szafy". Z daleka słychać było jakby zgrzyt przesuwanej szafy, i stąd ta nazwa. Odgłos ten brał się stąd, że odpalano po kolei kilkadziesiąt pocisków z moździerza salwowego. Natomiast niektórzy przez wyobraźnię słyszeli w tym ryk krowy...
Ale gdy słychać było taki zgrzyt, warszawiacy, jak ścigane zwierzęta, starali się namierzyć odległość i miejsce, gdzie padną pociski. Z "szafami" nie było żartów, uciekano zaraz do piwnic. Wiele lat po wojnie słyszałem relację osoby, która widziała upadek pocisków z moździerza salwowego do bramy domu przy ul. Jasnej 10.
"Szafa" stanowiła potworną broń, pociski były wypełnione fosforem, który przy wybuchu zapalał się i rozpryskiwał wokół na dużą odległość. Jego temperatura spalania wynosi kilkaset stopni!
Oblani palącym się fosforem ludzie płonęli jak pochodnie. O jakiejkolwiek próbie ratunku nawet nie mogło być mowy. Zresztą - płonęło wszystko wokół.
W nasz dom nie uderzyły "szafy". Ale zagroził nam wróg nie mniej straszny, bo podstępny i bezwzględny.
Od rana, mimo ostrzału, podwórze kamienicy pełne było ludzi. Byli tam stali mieszkańcy, ale także przybysze z innych dzielnic, tacy jak my. Dziś nikt z nas nie byłby w stanie wytrwać w takich warunkach nawet jednego dnia. Ale wtedy panował powszechny solidaryzm, pomagano sobie wzajemnie, ludzie byli serdeczni, życzliwi, cierpliwi.
Kobiety starały się jakoś urządzić w tych nowych warunkach. Mężczyźni wychodzili do miasta na poszukiwanie żywności. Na podwórku budowano zaimprowizowane kuchnie na kilku cegłach, bo mieszkańcy wyższych pięter bali się być w kuchni u siebie. Z czwartego czy piątego piętra można było nie zdążyć zbiec do piwnicy.
Niedaleko kapliczki Matki Bożej, po lewej stronie, pod ścianą, była niewielka piaskownica, gdzie bawiły się małe dzieci.
Tego dnia na podwórzu było wiele osób. Znów przyszła grupa uciekających przed Niemcami lub ze zburzonych domów. Szukali dachu nad głową, jakiegoś schronienia.
Na podwórzu było dość spokojnie. Front walki przebiegał względnie daleko i jeśli nie było nalotów, nawet bojaźliwi, którzy przesiadywali w piwnicach, też wychodzili na podwórze.
Prawdopodobnie w grupie, która niedawno przyszła, była matka z chłopcem, który mógł mieć 10-11 lat. Chłopiec bawił się piłką i biegał po podwórzu.
I nagle stało się coś strasznego. Padł strzał, który w studni podwórza odbił się ogromnym echem. Bawiący się piłką chłopiec upadł na ziemię. Z głowy sączyła się krew. Nie żył.
Na podwórzu zawrzało. W pierwszym odruchu wszyscy odskoczyli pod ściany, bo było pewne, że za chwilę padnie następny strzał i zginie kolejna ofiara. Ale zarazem wszyscy wiedzieli, co się stało. Gdzieś w pobliżu - na dachu, na strychu lub w opuszczonym, spalonym mieszkaniu na ostatnim piętrze ukrył się niemiecki dywersant, "gołębiarz". Mężczyźni pobiegli klatkami schodowymi na strychy, na dach, ale go nie znaleziono. Dywersant po oddaniu strzału zazwyczaj zmieniał stanowisko, przenosił się gdzieś indziej.
Ludzie krzyczeli: - Niemieccy zbrodniarze! Nie dość im krwi naszych żołnierzy, to jeszcze strzelają do niewinnych dzieci! Bandyci! Zbrodniarze! Złapać tego "gołębiarza"! Tu go zabić, przy tym dziecku!
Krzyki powoli cichły, panował nastrój przygnębienia. Matka wciąż klęczała, szlochając przy zabitym chłopcu. Jestem pewien, że była przy niej moja Mama.
I wtedy nieoczekiwanie wszedł na podwórze patrol powstańczy. Dowódca, młody żołnierz z biało-czerwoną opaską na ramieniu, prowadził niemieckiego jeńca. Powstaniec miał w ręku rewolwer. Jeniec był zgarbiony i zalękniony. Za nim drugi powstaniec z karabinem gotowym do strzału lufą popychał jeńca.
Patrol przechodził przez podwórze, kierował się do przejść podziemnych przez piwnice. Powstańcy szli powoli, byli widać bardzo zmęczeni.
I wtedy nagle stanęły przed patrolem kobiety. Zebrała się ich cała gromadka, zatrzymały patrol.
Ludzie wybiegali z oficyn, słychać było okrzyki gniewu i rozpaczy: - To bandyta! To "gołębiarz"! Zabił tego chłopca! Zastrzelić go tu, przy dziecku! Morderca! Niemiecki bandyta! Gdzie go prowadzicie?! Zastrzelcie go tutaj!
Tłum rósł z każdą chwilą. Na przedzie stała moja Mama, która na pewno krzyczała najgłośniej. Skończyła przed wojną klasę śpiewu w Konserwatorium Lwowskim, miała potężny, dramatyczny głos. Młody dowódca patrolu starał się przekrzyczeć zgiełk: - Ludzie, rozstąpcie się! Przepuśćcie nas! Musimy odprowadzić jeńca do sztabu! Taki mamy rozkaz!
Wtedy dopiero krzyki stały się jeszcze groźniejsze: - Bandyta! Takich nie wolno oszczędzać! To nie jest żołnierz! To morderca! Po co go prowadzicie! Tu go zabijcie! Tej kobiecie zabił dziecko!
Ktoś przyprowadził matkę zastrzelonego chłopca, która nieprzytomnie łkała: - On zabił moje dziecko!
Sytuacja stawała się dramatyczna. Dowódca patrolu cofał się przed nacierającym tłumem krzyczących, rozpaczających kobiet; postawa mężczyzn była groźna. Jeszcze chwila, a można było się spodziewać, że zdesperowani mieszkańcy domu dokonają samosądu. Gdyby patrol się temu przeciwstawiał, też mógłby być w niebezpieczeństwie. Nie miał zresztą żadnych szans oporu wobec tak zdesperowanego tłumu ludzi.
I w tym momencie dowódca patrolu podszedł do mojej Mamy, podał jej rewolwer i powiedział: - Proszę, niech... pani... strzela!
Mama wzięła rewolwer, podniosła na wysokość oczu. Skierowała lufę w kierunku jeńca... Niemiec skulił się, chciał się schować za powstańca.
Wtedy nagle krzyki ucichły. Zapadła śmiertelna cisza. Nikt nie powiedział ani słowa. Ta cisza była niesamowita.
Mama wciąż trzymała rewolwer na wysokości oczu, skierowany lufą w kierunku jeńca. Trwało to długą chwilę. A potem powoli, bezwiednie opuściła rękę... Stała milcząca, z pochyloną głową. Jeniec głośno odetchnął...
Wciąż trwała cisza.
Po chwili dowódca patrolu wyjął z ręki Mamy rewolwer. Skinął na jeńca. - Idziemy! Tłum się rozstąpił. Patrol zniknął w ciemnościach bramy.
Władysław A. Terlecki
www.naszdziennik.pl
http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my21.txt
Powstanie Warszawskie w oczach dziecka
Czas odlotu do krainy innej (4)
Nie pamiętam, ile razy Ojciec był u nas. Dziś drogę od Świętokrzyskiej, Jasną, do Żurawiej można przejść spacerkiem w piętnaście minut. W czasie Powstania nie można było spacerować ulicą, trzeba było skakać od bramy do bramy. Trzeba było mieć przepustkę, ustawić się w ogromnej kolejce pod barykadą przez Aleje Jerozolimskie, trzeba było czekać czasem wiele godzin na szansę przeskoku, na odpowiedni moment.
Barykada nie do końca chroniła przeskakujących, bo co chwila Niemcy niszczyli ją ogniem dział czołgowych. Nie można było natomiast zrobić wykopu, bo w Alejach tuż pod jezdnią jest płyta tunelu linii średnicowej. Tak więc przeskok przez Aleje był zawsze ryzykiem, oczekiwanie na właściwy moment trwało czasem bardzo długo.
I dlatego nie pamiętam, czy we wrześniu Ojciec zdołał do nas raz jeszcze się przedrzeć. Był bardzo potrzebny jako zastępca dowódcy Oddziału Bezpośredniej Osłony Dowódcy Powstania. Jako inżynier budownictwa lądowego potrafił ocenić techniczny stan budynków i ruin.
Znał też doskonale przejścia podziemne Warszawy. Bo przecież w Powstaniu zorganizowano całą sieć pieszych arterii komunikacyjnych, poprzebijano piwnice domów. Przygotowano całe ulice i przejścia podziemne. Wszędzie w podziemiach były napisy typu: "Wyjście na Pańską", "Wyjście na Marszałkowską", wszędzie byli informatorzy. Tak było w ciągu dnia, ale w nocy droga w podziemnej Warszawie była znacznie trudniejsza. Ojciec - porucznik "Metody" - świetnie orientował się w tych podziemnych labiryntach. Był też ceniony za odwagę, dlatego często generał "Monter" prosił go o towarzyszenie w czasie nocnych inspekcji.
Pewnej nocy, a była to prawdopodobnie połowa września 1944 roku, generał "Monter" zażyczył sobie, aby porucznik "Metody" zaprowadził go w rejon ulic Żelaznej i Miedzianej, gdzie były najbardziej wysunięte na zachód placówki powstańcze. Po kilku godzinach kluczenia w podziemnych labiryntach dotarli w rejon ulicy Żelaznej.
Wychodząc z piwnic, porucznik "Metody" badał stan ruin, czy coś nie grozi zawaleniem. Szedł przodem, potem wszyscy przeszli przez podwórze do bramy domu, gdzie wciąż jeszcze trwał posterunek powstańczy.
W bramie kamienicy spała pokotem załoga, kilkunastu żołnierzy śmiertelnie zmęczonych wielodniową walką z Niemcami. Czuwał tylko dowódca, zdając sobie sprawę, że jeśli i on zaśnie, to Niemcy podejdą i ich wymordują.
Porucznik "Metody" cofnął się, wskazał generałowi drogę: - Tędy, panie generale! Proszę uważać na ostrzał!
Potem zameldował komendantowi oddziału, że przybywa z inspekcją sam dowódca Powstania:
- Panie poruczniku! Generał "Monter" przybywa z inspekcją!
Komendant placówki zameldował:
- Panie generale! Jesteśmy najdalej na zachód wysuniętą placówką powstańczą! Po drugiej stronie barykady są już Niemcy! Od kilku dni trwamy w nieustannej walce. Nasze plutony są skrajnie wyczerpane. Panie generale! Prosimy o wsparcie, o pomoc! Przeciwko nam jest dwukrotna przewaga Niemców!
Generał "Monter", jakby nie widząc dowódcy placówki powstańczej, szedł wolno przez bramę w kierunku ulicy.
Komendant placówki usiłował zagrodzić mu drogę:
- Panie generale! Za barykadą są Niemcy! Proszę nie wychodzić na ulicę, bo pan zginie!
Lecz generał "Monter" jakby nie słyszał ostrzeżenia, wyszedł przed bramę i skierował swe kroki ku barykadzie.
Była noc, ale całą ulicę oświetlały płonące domy. Było jasno jak w dzień.
Generał ciężkim krokiem zaczął wchodzić na barykadę. W nocnej ciszy słychać było każdy jego krok. Zgrzyt żelastwa, którego pełno było na barykadzie, rozlegał się przerażającym echem.
"Monter" stanął na barykadzie. Był doskonale widoczny, cały oświetlony łunami pożarów. Stał nieruchomo i patrzył w głąb ulicy.
Patrzącym ta chwila wydała się wiecznością. W każdej sekundzie mógł paść strzał. Na ich oczach mógł zginąć dowódca Powstania.
Po długiej chwili generał odwrócił się i powoli zaczął schodzić z barykady. Wszedł do bramy, minął, jakby nie widząc, żołnierzy placówki, grupę osłonową, wszedł na podwórze i skierował się do schodów w podziemia. Wstrząśnięty do głębi dowódca placówki stał nieruchomo, nie był w stanie się odmeldować.
Kamienie na szaniec
Poruczni k "Metody" i grupa osłonowa wracali w całkowitym milczeniu. Generał "Monter" nie odezwał się do nikogo.
Po powrocie, opowiadając o tym niezwykłym wydarzeniu, żołnierze Oddziału Bezpośredniej Osłony czuli, że generał "Monter", głęboko przeżywając śmierć tak wielu swych ukochanych żołnierzy, chciał zginąć wraz z nimi.
Tej nocy musiał odczuć straszliwy ciężar spoczywającj na nim odpowiedzialności. Na jego oczach jedno z najpiękniejszych miast Europy, zwane "Paryżem północy", przestało istnieć.
To przecież on wysyłał swych żołnierzy do walki, to on te żywe, bezcenne kamienie rzucał na barykady, na szańce Warszawy.
I doskonale wiedział, jakże rzadko odlot "do krainy innej" był odlotem "w porywie szczęścia i natchnienia", że najczęściej był straszliwą Golgotą, na której człowiek musiał zawisnąć na krzyżu wraz ze swoim Bogiem.
Pożegnanie Warszawy
Golgota Powstania po 63 dniach dobiegała końca. Zamilkły ostatnie powstańcze strzały, trwały rozmowy kapitulacyjne. Nie było już niemieckiego ostrzału. Ojciec przyszedł do nas na chwilę, aby się pożegnać. Wychodził z ocalałymi resztkami załogi Powstania do niewoli niemieckiej. Nie wiedział, że czeka go tysiąckilometrowy marsz przez płonące i dogorywające hitlerowskie Niemcy. Odchodząc do niewoli, powstańcy śpiewali pieśń:
O, Panie, który jesteś w niebie
Wyciągnij sprawiedliwą dłoń!
Wołamy z wszystkich stron do Ciebie
O polski dach i polską broń.
Żegnając ruiny Warszawy, Ojciec czuł jakiś straszliwy żal, że odchodzi, że nie może tutaj zostać, czuł ogromną tęsknotę do tych, którzy już na zawsze tu pozostali. A gdy kolumny powstańcze przekraczały most na Odrze (dlaczego właśnie tam?), ta wielotysięczna rzesza żołnierzy tułaczy, żołnierzy wygnańców śpiewała poloneza "Pożegnanie Ojczyzny" Michała Kleofasa Ogińskiego.
Przyszedł czas i na ludność cywilną. Mama uszyła mi w czasie Powstania całe ubranko - płaszczyk, czapeczkę, rękawiczki, malutki plecaczek - i to było nasze jedyne mienie, jakie wynosiliśmy z Warszawy.
Cztery razy byliśmy wypędzeni przez Niemców. Po raz pierwszy w płonącym wrześniu 1939 roku - gdy rodzina musiała opuścić swój dom na Zakopiańskiej, i wróciła potem do pustych ścian.
Po raz wtóry w lutym 1941 roku, gdy musieliśmy uciekać przed gestapo z naszego domu przy ulicy Zakopiańskiej. Był wielki mróz. Mama ostrzeżona, że jedzie po nas gestapo, wyszła z miesięcznym dzieckiem w noc z tym, co miała na sobie i co mogła wziąć do ręki.
Po raz trzeci - gdy w ciągu kilku miesięcy dziewięć razy musieliśmy zmieniać mieszkanie na Żoliborzu, aż wreszcie dowództwo oddziału AK, widząc, że gestapo jest coraz bliżej Ojca, postanowiło wysłać nas z Warszawy do leśniczówki pod Węgrowem.
Po raz czwarty - gdy po Powstaniu, utraciwszy całe nasze mienie, wychodziliśmy do niewoli niemieckiej z tym, co mieliśmy w rękach.
Dziś więc, gdy ci, co kiedyś w popłochu uciekali przed Armią Czerwoną, mówią, że - "byli wypędzeni" - zaiste, nie wiedzą, co mówią. Oni nawet nie wiedzą, czym było prawdziwe wypędzenie, bo uciekali, jak złodzieje, przed karzącą ręką sprawiedliwości, a złodzieja nikt przecież nie wypędza, złodziej sam ucieka. Jeśli wolno im tak bezkarnie mówić, jeśli wolno im z siebie czynić ofiary, a z ofiar zabójców - i jeśli ich głos może bezkarnie rozlegać się po całym świecie, to znaczy, że tej wojny nie wygrały Narody Zjednoczone - tę wojnę wygrał Adolf Hitler, a jego wzorce myślenia nie przestały istnieć i znów zatruwając umysły, stanowią zagrożenie dla świata.
To znaczy także, że Narodom Zjednoczonym nie udało się przywrócić sprawiedliwości, prawdy i braterstwa w rodzinie ludzkiej!
I dlatego, gdy Niemcy zgromadzili nas na gwiaździstym placyku na skrzyżowaniu ulic Kruczej, Mokotowskiej i Piusa XI (dziś - ul. Piękna) - nie my byliśmy przegrani, choć za nami była katastrofa - największa w naszych dziejach od tysiąca lat.
Stamtąd długie kolumny ludności cywilnej szły ulicą Koszykową, do Politechniki. Przed gmachem Politechniki stali żołnierze niemieccy i dawali ludności chleb. Ludzie byli głodni, ale było widać, że wielu nie wyciągnęło rąk, odwracali się, zachowali godność. Skąd zdobyli na to siły?
A potem - Dworzec Zachodni, skąd odwieziono nas do Pruszkowa...
Nasz transport do Oświęcimia miał szczęście - była już połowa października; Lager Auschwitz nie zgodził się przyjąć tego transportu, Niemcy wyrzucili nas z wagonów na jakiejś stacji pod Krakowem. Pamiętam zdumienie bez granic: Kraków! Jak to możliwe, że jest całe, niezniszczone miasto? W to trudno było uwierzyć.
"Miłość będzie naszym życiem wiecznym"
Dlatego patrząc z oddali 61 lat, dziękuję ci, Warszawo - miasto święte, miasto bohaterów i męczenników, których 400 tys. wypędzono na śmierć poza granicami miasta, a drugie 400 tys. poległo wśród swoich domów, których prochy są pod naszymi stopami.
Dziękuję ci, Warszawo, że umiałaś stanąć na Golgocie dziejów i dziś dzięki tobie wielu ludzi na świecie może pojąć, że jest coś takiego jak honor.
Dziękuję wam, bohaterowie - powstańcy, którzy poszliście w bój bez broni! Dziękuję wam, cywilni żołnierze, którzyście ponieśli największe ofiary, których nie oszczędziły żadne cierpienia i nieszczęścia, którzyście musieli wypić pełen kielich rozpaczy i goryczy - że nikt wam nie przyszedł na pomoc!
Dziękuję panu, panie prezydencie Warszawy - że doczekałem tej wspaniałej chwili, gdy na placu Powstańców Warszawy rok temu zapłonął nieśmiertelny znicz pamięci Powstania, a z oczu płynęły łzy wzruszenia! Po 60 latach szkalowania, opluwania, wyśmiewania, drwin z Powstania Warszawskiego - pan to sprawił, że już nikt o Powstaniu nie może mówić źle. Dzięki panu zabrzmiało echo tamtych, wspaniałych 63 dni, a my wszyscy mogliśmy odczuć powiew wolności.
Dziękuję ci, Ojcze, że nie zostawiłeś nas z Mamą na wsi, że zabrałeś nas do Warszawy, że wraz z tobą mogliśmy przeżyć coś tak niesłychanego, tragicznego i wspaniałego, coś, co ukazało ogrom i wielkość człowieka, wspaniałość ludzi, do których mogłem tęsknić całe życie. Dziękuję ci, Mamo, że nie zabiłaś tamtego człowieka. Bo ty stworzona byłaś po to, aby dawać życie, a nie śmierć. Czuję, że w tamtej tragicznej chwili na twej ręce położył swą dłoń sam Bóg.
W 1943 roku Maurice Maeterlinck zapisał o Polsce i o Polakach następujące słowa: "Najszlachetniejsza, najbardziej bohaterska rasa, jaką wydała ziemia. (...) Naród, który nie umiera, naród, którego kolejne zmartwychwstania stały się podziwem świata i który z najbardziej niesprawiedliwego grobu czerpie nieśmiertelne życie...".
Co napisałby Maeterlinck, gdyby był wraz z nami w Powstaniu Warszawskim?
Władysław A. Terlecki
www.naszdziennik.pl