|
Witam :1
Jak już wcześniej pisałem, jeśli zechcecie to opowiem Wam kolejną historię związaną z duchami i poszukiwaniami, jaką dane było mi przeżyć.
A było to tak:
Był 19 września 2004r. około godz. 9.30 dzwoni do mnie Krzysiek, że jedziemy na nową miejscówkę. Mianowicie miejsce walk z 1945r o przełamanie linii Odry w okolicach Opola. Zgodziłem się bez wahania. Po kilkunastu minutach byłem gotowy do drogi. Nie upłynęło kolejne 10 minut, a już siedziałem w aucie kolegi i jechaliśmy na miejsce. Tam miał czekać na nas kolejny kompan. Na miejscu byliśmy gdzieś o 10.20.
Przed nami rozpościerał się ogromny las. Nie czekając długo wyjęliśmy wykrywacze z samochodu i ruszyliśmy w teren. Minęło jakieś pół godziny, a znaleźliśmy tylko jeden guziczek. Wówczas ja zaproponowałem żeby szukać gdzie indziej i tak też zrobiliśmy. Jakieś 100m wcześniej była mała górka, która również Krzyśkowi wydała się dość ciekawa.
W miejscu tym panował półmrok i wyczuwało się coś dziwnego jakby powiew śmierci.
Drzewa też wydawały się inne.
Krzysiek zaczął kopać na dróżce, która dochodziła do górki i po jakimś czasie zaczął wyciągać fanty. A ja snułem się miedzy drzewami. Czułem się jakbym dostał w głowę.
Po jakimś czasie trafiłem jakiś większy sygnał. Miałem nadzieję, że wyciągnę coś ekstra niestety w dołku było ok. 50łusek od Maxima. Nagle, do Krzyśka zadzwonił telefon i okazało się, że jeszcze ktoś przyjedzie. Krzysiek zaproponował mi żebym poszedł kopać na jego miejsce, bo On musi wyjść na drogę, bo Marcin nie trafi. Powiedziałem Mu, że nie będę kopał na jego miejscu i już. Potem mogłem tego żałować, bo wyszła mu tam ładna odznaka SA Sportowa. Ale mówi się trudno, a zresztą jak mam coś znaleźć to znajdę. Pod koniec poszukiwań trafiłem jeszcze jeden sygnał i z ziemi wyciągnąłem 1/3 złotego sygnetu. Sygnet prawdopodobnie był samoróbką wykonaną z cienkiej złotej blaszki z czarnym oczkiem.
To był jeden z moich lepszych fantów, jakie znalazłem tamtego dnia.
Kiedy przyszła noc nie mogłem spać. Powtarzałem ciągle, ze musze jechać do tego lasu, bo tam coś jest.
I tak było, co noc, aż do następnego weekendu.
Kiedy nadeszła kolejna niedziela tj. 26.09.2004 dodatkowo na wyprawę zabrałem worki i aparat, bo czułem, że się przydadzą. O godzinie 8.00 pojechałem z kolegami w to miejsce.
Z tym, że skład ekipy był nieco inny. Na miejscu okazało się, że na górce panował wciąż półmrok, a w powietrzu unosiło się to Coś. Miało się wrażenie, że wszystko wiruje i przemieszczają się drzewa. Ja znów poczułem się jakbym dostał po głowie i snułem się bez sensu. Możecie pomyśleć, że to wyobraźnia płatała mi figle, ale ja wiedziałem swoje i czułem dreszczyk emocji. W pewnym momencie kolega trafił piękną klamrę oficera SS, a następnie poszedł w głąb lasu. A ja zostałem sam. Wokół mnie nie było niczego za wyjątkiem drzew i emocji jakie panowały w tym miejscu. Po jakichś 20minutach kręcenia się w kółko po górce złapałem sygnał. Zacząłem kopać i po chwili mym oczom ukazał się fragment maski p. gazowej i filtr. Kopałem dalej i nagle znów coś dostrzegłem. Było to coś małego, wziąłem to do ręki, obejrzałem i rzuciłem na ziemię. Czułem się speszony. Po chwili dotarło do mnie, że to tylko ludzka kość. Jak się później okazało z palca.
Wtedy poczułem przypływ adrenaliny, a emocje sięgały zenitu. Wyjąłem z kieszeni komórkę i zadzwoniłem po kompanów. Zanim dotarli na miejsce Ja odkopałem połowę szczątków. Postanowiliśmy odkopać szczątki do końca, a następnie spakować do worka i pochować.
Mirek poszedł szukać jakiegoś drzewka z, którego można by zrobić krzyż. A My odkopywaliśmy dalej.
Niestety przy szczątkach znajdowało się tylko kilkanaście guzików, puszka po masce niestety rozpadła się gdyż była strawiona przez kwas, który powstał w wyniku rozkładu zwłok no i nieśmiertelnik również w agonalnym stanie.
Kiedy szczątki zostały spakowane spoczęły w dołku, a w miejscu tym stanął krzyż.
Nieśmiertelnik ze względu na stan zostawiłem na miejscu i zakopałem go na głębokości ok. 20cm.
Po przyjeździe do domu opowiedziałem wszystko żonie.
Ale to nie wszystko, bo w nocy znów nie spałem coś mnie męczyło. Dwa dni później w czasie pracy pojechałem pod Opole żeby zabrać nieśmiertelnik.
Jaki byłem szczęśliwy, że jeszcze tam był. W domu spędziłem jakieś 2 godziny na czyszczeniu i odczytywaniu danych. I udało się.
Po trzech miesiącach walki udało Mi się załatwić ekshumacje. Dziś szczątki spoczywają na cmentarzu w Nadolicach pod Wrocławiem.
Zdarzyło Mi się być tam jeszcze kilka razy, i muszę Wam powiedzieć, że górka wygląda troszkę inaczej. Już nie czuć tam strachu i w końcu zniknął półmrok.
Podsumowując powiem tylko tyle, że może nie był to duch, który pilnował skarbu, ale duch, który potrzebował pomocy. Chciał być pochowany i chciał, aby ktoś o nim pamiętał.
Myślę, że sygnet, który znalazłem mógł należeć do niego.
:jump
|