Robi napisał(a):
Poza tym czym różni się pseudo-niepodległość po kongresie wiedeńskim od pseudo-niepodległości w XVIII wieku? Gdybyśmy byli niepodlegli wcześniej, to nie byłoby rozbiorów, obce wojska by sobie nie maszerowały wzdłuż i w poprzek, królowie by się nie przeganiali nawzajem (Leszczyński i August II) i nikt by nam nie narzucał wyboru króla
A niby za Piastów to się nie przeganiali? Jeszcze jak. Gdyby był wtedy asfalt, toby się za nimi zwijał - tak się gonili po kraju. Normalnie Struś Pędziwiatr, to byłby przy nich marny konus w zbroi rycerskiej :zb .
Moim zdaniem prawdziwy problem zaczął się wraz z wygaśnięciem dwóch wielkich dynastii - Piastów i Jagiellonów. Według mnie, najistotniejsza w budowie i utrzymaniu siły państwa jest ponadpokoleniowa ciągłość - podjęcie pracy ojca przez syna. Podźwignąć dużego państwa nie sposób w ciągu życia jednego władcy. Co ten zasiał, musiał pielęgnować jego następca, a czasem doczekiwał się owoców tej pracy. Tak było np. z Łokietkiem i Kazimierzem Wielkim.
A więc warunek podstawowy - potrzeba do tego przynajmniej dwóch - trzech władców z kolei, mądrych i działających w imię wspólnego planu.
Oczywiście były też fatalne dziury pokoleniowe, bo nie sposób sobie zaplanować syna na miarę ojca. Kilku wielkich miało naprawdę marnych synalków, nie mówiąc już o tym, że chwilami synalków było za dużo na metr kwadratowy i było :mg: . Ale w przypadku władzy dynastycznej, to jednak była praca na miarę pokoleń, dla następców i z pamięcią o poprzednikach. Raz lepiej, raz gorzej ale dźwigali państwo, bo było ono ich rodową spuścizną, ojcowizną, o którą trzeba dbać, aby być godnym rodziców i dziadów, żeby się przed nimi nie wstydzić w zaświatach.
W przypadku i w czasach królów obieralnych państwo było już "własnością" szlachty. Król nie miał tej motywacji pracy "na swoim" i z myślą o następcy. Jego interes kończył się wraz z kresem władzy. To przypominało niekiedy podejście obecnych urzędników państwowych - wyeksploatować państwo, "nabrać ile się da, bo po mnie koniec", nieczego nie wypracowywać, bo po co. Tym którzy mimo to mieli ambicję przyzwoitego sprawowania władzy królewskiej (mimo wszystko byli tacy królowie obieralni), szlachta obrzydzała życie do tego stopnia, że mało co udawało się zrobić.
Na tym polegało nieszczęście. Błąd w konstrukcji systemu sprawowania władzy. Błąd ustrojowy, strukturalny.
Obce pochodzenie władcy jest według mnie problemem drugorzędnym. Wszak było kilku obcych królów, którzy stali się naprawdę naszymi i przechowujemy ich w dobrej pamięci. Wspomnę tylko o Jagielle, Batorym... Czy ktoś uważa dziś Jagiełłę za obcego? A kobiety? Zaczęło się od Czeszki Dobrawki, która miała wiele godnych siebie następczyń z troską myślących o państwie, dźwigających z polskimi królami najtrudniejsze sprawy królestwa.
Co do carów - historii na nowo pisać nie trzeba. Nie było takiego cara, który byłby królem Polaków.
:pa
Test
P.S. Mniemanologia w historii nie przynosi dobrych rezultatów. Gdyby Mieszko I w 989 r. nie zajął własności księcia czeskiego Bolesława II w postaci Śląska i Małopolski, to dziś pisałbym do Was z Krakowa po czesku. "Teoretycznie tak" - jak mówili w Kabarecie Dudek ;)