|
Bitwa polityczna
Spotkanie kombatantów przed mauzoleum w miejscu bitwy pod Lenino. Od lewej: ppłk Dobiesław Bojanowicz, mjr Paweł Siemionow, Siergiej Zaleszczykow, płk Wacław Korga
fot Sławomir Kamiński
Rozmowa: Piotr Lipiński 12-10-2003, ostatnia aktualizacja 12-10-2003 19:12
Żołnierze nie potrzebują bitew. Potrzebują ich dowódcy i politycy. Profesor Jan E. Zamojski - historyk, pracownik naukowy Instytutu Historii PAN, zesłaniec w ZSRR, a potem żołnierz 1. Armii WP w 60. rocznicę bitwy pod Lenino.
12 października 1943 r. pod Lenino na Białorusi rozpoczęła swój pierwszy bój 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga. Zginęło 3054, a rannych zostało 1776 polskich żołnierzy. Straty niemieckie (zabici, ranni, wzięci do niewoli) wyniosły ok. 1800 żołnierzy. W niedzielę poległym pod Lenino złożył hołd premier Leszek Miller.
- Wszystkie drogi prowadziły wtedy do Polski - mówił. - Droga spod Lenino była najkrótsza, lecz równie trudna, a może nawet trudniejsza, bo szczególne były wyzwania i dylematy, przed którymi postawiła wtedy kościuszkowców historia. Tak jak inne drogi do Polski wolnej, niepodległej wymagała ofiar, poświęceń. Kościuszkowcy stali się symbolem polskiej obecności na froncie wschodnim, otworzyli drogę do rodzinnego kraju innym swoim rodakom z przysiółków Kazachstanu, syberyjskiej tajgi, dalekiego Wschodu.
Cmentarz, na którym przemawiał premier, powstał pięć lat temu. Stoją na nim tablice z nazwiskami poległych, katolickie i prawosławne krzyże oraz żydowska macewa. Poprzedni cmentarz zmeliorowano przed 25. rocznicą bitwy, bo znajdował się na żyznych glebach. W miejscu samej bitwy jest natomiast mauzoleum w kształcie żołnierskiego hełmu i gąsienicy czołgowej.
Czy ta bitwa była potrzebna
Piotr Lipiński: Straty pod Lenino były olbrzymie, zginął co czwarty żołnierz. Czy ta bitwa była potrzebna?
Prof. Jan Zamojski: Dla żołnierza żadna bitwa nie jest potrzebna. Bitwy potrzebują dowódcy, politycy. A żołnierz spełnia swój obowiązek. Czy potrzebne było Monte Cassino? Historycy spierają się o to do dziś. Jednak i Lenino, i Monte Cassino były potrzebne z punktu widzenia politycznego. Lenino potrzebowała zarówno strona polska, to znaczy Związek Patriotów Polskich, jak i radziecka, która potrzebowała karty polskiej. Stalin szykował ją już znacznie wcześniej. Polityka polska ZSRR, ściślej - Stalina, to odrębny, złożony problem, na który tu nie ma miejsca. Odnośnie wojska, upraszczając, Stalin życzyłby sobie zapewne podobieństwa wariantu czeskiego. Czechosłowackie jednostki przy armii radzieckiej podlegały czechosłowackiemu rządowi w Londynie, lecz były w pełni kontrolowane przez stronę radziecką. W przypadku polskim okazało się to niemożliwe. Dość wcześnie, od początku 1940 roku, starano się pozyskać dla radzieckich planów wielu oficerów polskich. Sondowano też gen. Andersa. Znów upraszczając - jednak Anders to nie był generał Ludvik Svoboda, który nigdy nie był ani jeńcem, ani więźniem; Sikorski zaś to nie był Edvard Benesz. Gdy nadszedł sprzyjający moment, do którego okazję dał Katyń i zawieszenie stosunków polsko-radzieckich, uruchomiono istniejący we wcześniejszych koncepcjach wariant, którym był Związek Patriotów Polskich, zaś w sensie wojskowym - 1. Armia. W rozważaniu tych spraw trzeba mieć na uwadze ówczesny kontekst historyczny. Ze wszystkich układów alianckich wynikało, że Polska znajduje się w obszarze strategicznych decyzji ZSRR, będzie więc wyzwalana ze wschodu. Twarde realia historyczne dyktowały, iż w naszym interesie leży wojskowa obecność na najważniejszym wówczas froncie wschodnim i uczestnictwo w wyzwalaniu Polski. Natomiast nasza nieobecność niosłaby wiele zagrożeń. Lenino stanowiło pierwszy krok na tej drodze.
Pod Lenino zabrakło wsparcia pancernego, bo czołgi ugrzęzły w błocie. Ale dlaczego zabrakło też pomocy lotnictwa?
- Nie znam wyjaśnień. Radzieckie źródła notują niezwykłą intensywność niemieckiego lotnictwa na tym odcinku frontu i małe wsparcie lotnictwa własnego. Mimo że Front Zachodni miał do dyspozycji 1. Armię Lotniczą.
Polacy z 1. Dywizji uczestniczyli w natarciu na głównym kierunku działania 33. Armii. A przecież nie mieli jeszcze doświadczenia bojowego.
- Chciałbym się oprzeć na opinii generała Władysława Korczyca. 1. Dywizję przydzielono początkowo do 10. Armii, w której szefem sztabu był gen. Korczyc. Ona również miała uczestniczyć w operacji orszańskiej Frontu Zachodniego, której celem było zająć Orszę, wyjść na Dniepr i otworzyć drogę na Białoruś, a tym samym - do Polski, na główny kierunek strategiczny frontu wschodniego. 10. Armia miała działać na skrzydle ugrupowania Frontu.
Jednak w ostatniej chwili dywizji zmieniono przydział - skierowano ją do 33. Armii. I tu zaczyna się tragedia. 33. Armią dowodził generał Wasilij Gordow. A to był po prostu rzeźnik. Zdobył uznanie Stalina po bitwie stalingradzkiej. Nie liczył się ze stratami. Osobiście bił żołnierzy pięścią po twarzy. Po wojnie rozstrzelano go, ale - niestety - nie za to, za co należało. Gordow wyznaczył Polakom najbardziej odpowiedzialne zadanie na głównym kierunku wysiłku armii. Według gen. Korczyca w sztabach jednostek radzieckich nie wierzono w sens i powodzenie całej operacji. Od dłuższego czasu front stał w miejscu, trzeba więc było coś zrobić, ruszyć się, ale tak, aby móc zameldować, że armia dysponuje zbyt małymi siłami dla złamania obrony przeciwnika, a zatem wymaga wsparcia jednostek z rezerwy naczelnego dowództwa. Radzieckie jednostki, w tym dwie dywizje mające wspierać na skrzydłach 1. Dywizję, nie przejawiały więc szczególnego zapału do natarcia. Natomiast polska dywizja i gen. Zygmunt Berling tej płynącej z doświadczenia świadomości nie mieli. Nacierali więc tak, jak należało.
Kto im zmienił przydział?
- O zmianie podporządkowania operacyjnego polskiej dywizji musiano zadecydować na najwyższym szczeblu - personalnie tylko Stalin albo Mołotow. Nie spotkałem logicznych uzasadnień, istniejące w obiegu nie przekonują.
Może chodziło o silniejszy efekt propagandowy - Polacy uczestniczą w głównym natarciu?
- To raczej bez znaczenia. W każdym przypadku, na każdym odcinku, efekt byłby taki sam. Dywizja w dwudniowych dramatycznych walkach wykonała zadanie taktyczne. Wycofano ją z pierwszej linii m.in. na skutek interwencji Wandy Wasilewskiej przerażonej stratami, o których powiadomił ją Berling.
Niemcy też wykorzystali propagandowo tę bitwę - ze względu na kilkuset dezerterów, którzy podczas bitwy zbiegli z 1. Dywizji. Gadzinówki pisały: "Polska dywizja zabawką w rękach Kominternu". Niemcy publikowali zdjęcia dezerterów chwalących niemiecką opiekę, wozili ich po Polsce.
- Podczas bitwy zaginęło około 600 żołnierzy, wśród nich było ponad stu jeńców lub dezerterów. Najgłośniejszym okazał się por. Adolf Wysocki, który poszedł na współpracę z Niemcami. Niemieckim propagandzistom przysłużyło się też kilku innych Polaków. Potem dezercje były już w 1. Armii rzadkością. Zdarzały się w okresie Polski lubelskiej ucieczki "do lasu", ale to już odnosi się do zupełnie innej sytuacji.
Niemcy wiedzieli, że na froncie przeciw nim znaleźli się Polacy. Dlatego nasilili ataki lotnicze i akcję propagandową skierowaną do Polaków. Uruchomili "szczekaczki", które nawoływały do poddania się, zrzucali ulotki.
Dzień w 1. Armii zaczynał się od "Kiedy ranne wstają zorze", kończył z "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Późniejszy generał Wojciech Jaruzelski pisał w liście do matki, że fizycznie czuje się zdrowo, a i moralnie poczuł się lepiej po spowiedzi i komunii świętej. Jak to się stało, że z takich ludzi wyrośli potem obrońcy polskiego komunizmu ?
- Po pierwsze, błędnie Pan wzmiankuje komunizm. O żadnym komunizmie nie było mowy ani wówczas, ani później. Nie wspominano nawet o socjalizmie. Polityczny program 1. Armii, jeśli można o takim mówić, nie różnił się wiele od programów większości demokratycznych nurtów polskich tej epoki, poza odłamami Stronnictwa Narodowego. Natomiast rzeczywiście paradoksem historii jest to, że ta masa kontrrewolucyjna i antyradziecka, za to przecież represjonowana, otrzymała od niej misję budowania Polski jako państwa proradzieckiego i ustroju demokracji ludowej.
Nie kładłbym natomiast wielkiego nacisku na stronę religijną - z tym było różnie - ale przede wszystkim na polskość. Nie potrafię opisać emocji, z jakimi wkraczało się do obozu sieleckiego: polskie otoczenie, sztandary, pieśni, znowu mówiliśmy swoim językiem. Kiedy nasz 4. Pułk Artylerii Przeciwpancernej otrzymywał broń, dowódca pułku mjr Iżyk w krótkim przemówieniu powiedział, że lepiej zginąć od kuli na froncie, aniżeli gnić po kolana w łagrowym błocie. Sam wyszedł z łagru. Wiedział, co mówi. Słowa te pamiętam do dzisiaj. One trafiały do żołnierzy, do ich świadomości.
Zmienialiśmy się, to prawda. Przytoczę kilka ilustrujących to scen. Jesteśmy na stacji w Krasnojarsku. Pijany sierżant radziecki zaczyna nam wymyślać: "Znowu będziecie uciekać jak Anders, pod karabin maszynowy was, rozstrzelać". A my do armii Andersa mieliśmy pretensje, że nas zostawiła na łasce losu. Komendant eszelonu szybko zdyscyplinował pijaka, przepraszał nas, tłumaczył. Ale wrażenie zostało. Jesteśmy na radzieckiej Ukrainie, pod Żytomierzem. Cały pułk stołuje się u gospodarzy i gospodyń. Dwa miesiące goszczą nas jak najbliższych. Wczasy, a nie wojsko. Żegnają nas ze łzami. Ukraińcy.
Przekraczamy dawną granicę na Zbruczu. Żołnierze płaczą. A jednak wracamy! To trzeba było przeżyć ! Stacjonujemy w rejonie Przebraża, słynnego z samoobrony. Z wsi wokół pozostały tylko kikuty kominów wśród kwitnących sadów, co parę dni alarm. Akcje przeciw UPA, są ranni, zabici. I narastająca świadomość, że to już nie jest nasza ziemia. W 1. Armii przeżywaliśmy niezwykle mocno kwestię granicy wschodniej. Właśnie na Wołyniu uświadomiliśmy sobie, że nie mamy powrotu.
Przekraczamy Bug, jesteśmy na terenie Polski lubelskiej. Niezwykła zmiana stosunku wobec żołnierzy. Jakieś odczucie obcości i wrogości. Przychodzą do mnie żołnierze i mówią, że oni chyba po wojnie wrócą do siebie, na Białoruś czy Ukrainę. Bo tu są ludzie, wśród których czują się obco. Zaczynają się też akty dywersji w stosunku do armii, zamachy, zabójstwa. Żołnierze mówią mi, że wolą być na pierwszej linii frontu niż tu, w Rembertowie, w takim otoczeniu. I wreszcie Pomorze Zachodnie. Żołnierze już godzą się z tym, że do siebie, na Wschód, nie wrócą. Że cała ich przyszłość, ich rodzin, to właśnie ta ziemia. Trzeba było widzieć, z jakim uczuciem ją zaorywali i zasiewali.
W wielkim skrócie - dla nas, żołnierzy 1. Armii, liczyło się tylko to, by Polska była Polską. Bez względu na przymiotniki. Perspektywa przyjaźni ze Związkiem Radzieckim nie przerażała już, zaś w straszak 17. republiki nikt nie wierzył.
Ale też w 1. Dywizji odbywała się indoktrynacja żołnierzy. W swojej książce "Miejsca postoju" opisywał Pan Profesor, jak jednemu żołnierzowi zaproponowano zrobienie gazetki ściennej, innemu wstąpienie do szkoły wojskowej, komuś do kontrwywiadu.
- Armia dążyła do wytworzenia własnych kadr. A obok tego odbywało się pozyskiwanie ludzi mających instynkt pracy społecznej, kulturalnej etc. Mieliśmy bardzo rozsądnego zastępcę dowódcy pułku do spraw politycznych, majora Mieczysława Szleyena, dąbrowszczaka, doktora chemii. Potrafił przekonywać w sposób nieszablonowy, niedoktrynerski. Wizja Polski demokratycznej przemawiała do wyobraźni. Reforma rolna, ziemia dla chłopów, jak najbardziej... Ale kołchozy - kategorycznie nie! I tak zostało!
Początkowo liczono na jakieś porozumienie z rządem londyńskim. Ale gdy pojawił się wariant krajowy, gdy wiosną 1944 r. przybyła delegacja Krajowej Rady Narodowej, sprawy uległy zmianie. Polska przybierała już ten nowy kształt.
Wracając do sprawy stosunku do Związku Radzieckiego, trzeba wyraźnie odróżnić stosunek do ludzi, z którymi się żyło, pracowało, cierpiało, od stosunku wobec władzy, systemu. Na zesłaniu pracowałem wśród tzw. specprzesiedleńców z okresu kolektywizacji 1933 r. - politycznych więźniów, ale i morderców, którzy mieli jeszcze wyrok zesłania po wyjściu z więzienia. Pracowałem wśród drwali, Rosjan starowierów i zabajkalskich Kozaków, Tatarów, Finów, nawet Koreańczyków. Losy były podobne, odczucia - także, mogliśmy z siebie pokpiwać, ale wrogości nie było. A do tego trzeba dodać doświadczenie frontowe.
Niektórzy mówią, że żołnierze 1. Armii to po prostu ci, którzy nie zdążyli do Andersa. Czy przypadek może tak mocno zdecydować o losach człowieka?
- Osobiście przywiązuję wielką wagę do roli losu. Miałem kiedyś pistolet przystawiony do głowy, ale akurat nastąpiła "osieczka", nabój nie wypalił. Na Syberii trafiliśmy na Polaków, którzy nas uświadomili, co to jest za kraj, na co zwracać uwagę, by przeżyć, co jest ważne, a co nie. Staraliśmy się uwzględniać ich rady i to bardzo pozytywnie zaważyło na naszym syberyjskim życiu. Niewątpliwie, gdybym trafił do armii Andersa, moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale jak? Któż to raczy wiedzieć?!
Gen. Zygmunt Berling, dowódca 1. Armii, zdążył do armii Andersa. Ale zdezerterował z niej, za co dostał wyrok śmierci.
- Chodzi o to, że ppłk Berling znacznie wcześniej, natychmiast po internowaniu, dokonał wyboru. Był pensjonariuszem "willi szczęścia" w Małachówce pod koniec 1940 r. [w "willi szczęścia" NKWD więziło polskich oficerów, których zamierzało skłonić do kolaboracji - red.]. Jego wybór wiązał się z tym właśnie wariantem wydarzeń. Udział w armii Andersa wynikał ze zmienionych warunków, ale ostatecznie okazał się epizodem, po którym nastąpił powrót do innej, dojrzalszej już formuły podstawowego wariantu.
Wokół Berlinga narosły mity, choćby ten, że został odwołany ze stanowiska za chęć niesienia pomocy Powstaniu Warszawskiemu.
- Sprawy były o wiele bardziej złożone. Pojawienie się gen. Żymierskiego, alarmowo awansowanego na generała broni, usunęło gen. Berlinga na drugi plan. Pojawiły się problemy personalno-ambicjonalne. Do tego doszły animozje z okresu wcześniejszego, z ludźmi z Centralnego Biura Komunistów Polskich. No i pojawił się ten jego dramatyczny telegram do Stalina, by ratował Polskę przed spiskiem trockistowskim. Berling miał wielkie ambicje, które nie mieściły się w realiach sytuacji politycznej. Przesadnie wierzył w ochronę ze strony Stalina. Sądził też, że jest równoprawnym partnerem w grze o Polskę. Okazało się, że jest inaczej, że inni partnerzy są ważniejsi. No i musiał ostatecznie ustąpić i pogodzić się ze skutkami.
Mój stosunek do gen. Berlinga jest pozbawiony emocji. Wpierw jest stosunkiem żołnierza do generała. Żołnierze na ogół nie kochają generałów. Dobrze, jeśli szanują i cenią. Wyjątkiem byli Karol Świerczewski, Leon Bukojemski, z racji ich bezpośredniości. Berling był generałem patrzącym z wysoka. Raz go tylko spotkałem, po uroczystościach w Katyniu. Akurat na drodze miał miejsce wypadek, Berling zachował się niesłychanie obcesowo, "po generalsku". Inna kwestia to ocena jego roli politycznej, jego roli dla losów polskiej ludności zesłańczej w ZSRR. Tę trzeba ocenić dodatnio. Bez armii polskiej bylibyśmy po 1943 roku wcielani do armii radzieckiej, jako radzieccy obywatele. To też należy do krętych dróg, jakimi chadza historia. W ocenach tego rodzaju ludzi trzeba strzec się uproszczeń. Mówię to i jako historyk, i jako człowiek osobiście przeżywający sprawy tych lat.
1. Armia czciła wówczas w Katyniu polskich oficerów jako ofiary Niemców?
- To było po zakończeniu prac radzieckich ekspertów. Duża i smutna uroczystość. Moja bateria dawała salut artyleryjski. Mieliśmy instynktowną świadomość innej prawdy niż oficjalna. Mieliśmy też jakąś wiedzę o tym, czym jest NKWD. Poza tym znaliśmy już z kilkuletniego doświadczenia istnienie dwu prawd. Tej oficjalnej, której się słuchało i którą, gdy trzeba, się powtarzało, i tej swojej. Przed nami jednak był front i droga do kraju.
Rozmowa: Piotr Lipiński, Gazeta Wyborcza
|