|
Wczoraj bylem na w/w tytule i z tego powodu maly opis dla chetnych, planujacych udanie sie na film:
„Skarb skrywa Charlotte” – tak brzmi tajemniczy przekaz będący w posiadaniu rodziny Gatesów, wskazujący na miejsce ukrycia na terenie USA skarbu templariuszy. Ten, przetransportowany przez Ojców Założycieli – Masonów i spadkobierców zakonu – z Europy do Stanów Zjednoczonych, ginie w mroku historii.
Ben Gates (Nicholas Cage), po latach poszukiwań i zgłębiania wiedzy o przeszłości USA, łamie tą zagadkę i odnajduje Charlotte – statek uwięziony od ponad 300 lat w wiecznym lodzie Antarktydy, a wraz z nim... kolejną wskazówkę, prowadzącą do najpilniej strzeżonego dokumentu w całym kraju: Deklaracji Niepodległości. Jednak kłótnia z dotychczasowym partnerem Ian´em Howe (Sean Bean), pozbawionym skrupułów przestępcą oraz wymuszona przez sytuację kradzież cennego pergaminu są dopiero początkiem pełnego zwrotów akcji polowania na skarb narodów.
Czytając opinie internautów zauważyłem, że wielu mylnie bierze ten film za ekranizację „Kodu Leonarda” i faktycznie nie trudno zauważyć kilku podobieństw. Najbardziej rzucającymi się w oczy są tajemnica, wyścig z czasem oraz „niedobrymi”, pozostającymi w pościgu zawsze tylko o krok za bohaterami. Analogiczne dla książek Brown’a są również poszczególne zagadki, których rozwiązania nie prowadzą w prostej linii do skarbu, lecz do kolejnej, nie mniej tajemniczej i trudnej.
Aktorzy nie doczekają się może oskara, lecz grają całkiem znośnie i przekonywująco, zwłaszcza Sean Bean w roli niedobrego ex-partnera. Irytujący jest jedynie Nicholas Cage jako wyidealizowany bohater pozostający niezależnie od sytuacji zawsze szarmancki, dowcipny i z fryzurą odlaną niczym z betonu, nawet, jeśli przed sekundą wynurzył się z rzeki Hudson. Ta narzucona przez reżysera i scenarzystę „boskość” głównej postaci przypomina mi Angelinę Jolie w Tomb Raider, która również zawsze pozostawała akuratna, pozbawiona wad i – przynajmniej w mniemaniu macherów filmu – dowcipna do upadłego. Zarówno jej Larze Croft jak i Gates’owi brak zdrowego dystansu do własnej osoby, cechującego Indiana Jones, który pozostanie dla mnie wyznacznikiem bohatera filmów o poszukiwaniach zaginionych skarbów.
Diane Kruger, grająca pomagającą Gates’owi Dr. Abigail Chase, konserwatorkę zabytków, nie wspiera go zbytnio swoją wiedzą podczas rozwiązywania zagadek, lecz prezentuje się za to nader atrakcyjnie na ekranie, wyjaśniając jakby w ten sposób widzowi powód swojej egzystencji w scenariuszu. Trzeba przyznać, że czyni to tak wdzięcznie, że przynajmniej męska część widowni z pewnością nie będzie miała powodów do narzekania.
Film nie jest pozbawiony uderzających błędów logicznych, lecz historia jest opowiadana wartko i nie brak dowcipnych akcentów. Film wciąga i – co zaliczam na duży plus – jest w najważniejszych momentach na tyle przekonywujący, że pozwala również widzowi rzucić się w nurt niezgłębionych od stuleci mrocznych tajemnic. Sceny w katakumbach mają swoisty posmak, a film, myślę, że tyle mogę zdradzić, nie kończy się (jak wiele tytułów gatunku) uciekającymi z zawalającej się budowli bohaterami pozostawiającymi za sobą na zawsze niewyobrażalne bogactwa.
Podsumowując polecam Wszystkim „Skarb Narodów” jako dobry film na sobotni wieczór, może niezbyt ambitny, ale za to nieźle opowiedziany, po którym widz z pewnością opuści kino co najmniej bogatszy o nową wiedzą z zakresu historii Stanów Zjednoczonych i rytuałów masońskich
Bacchus
|