Witam.
Zaglądam tu raczej tylko by sprawdzać swoją pocztę, ale tym razem zostałem wywołany do tablicy więc się odzywam.
Chciałem jasno i wyraźnie powiedzieć, że nie popierałem i nie popieram żadnych kursów, licencji, egzaminów etc.
Będę kibicował każdej akcji która ma na celu ułatwienie życia polskim poszukiwaczom, ale też zapewnieniu, że odkrywane zabytki nie giną w szufladach znalazców, są niszczone albo po cichu wywożone z kraju. Potrzebna jest zmiana przepisów, która pokaże jak wielkie szkody naszemu dziedzictwu narodowemu przynosi obecne ściganie poszukiwaczy i zawłaszczanie wszystkiego przez państwo.
Jednocześnie jednak należy uważać na kierunek tych zmian. Przyznaję, że gdy słyszę o składkach, licencjach, szkoleniach itp., to mam bardzo mieszane odczucia.. Obawiam się, że prędzej czy później odpowiedzialna za to wszystko stanie się wąska grupa ludzi, którzy tak naprawdę chcą sobie zapewnić monopol na poszukiwania i współpracę z archeo a także doraźne wpływy z poszukiwawczych kieszeni oraz znajdowanych zabytków. Niestety, tam gdzie w grę wchodzą pieniądze (a tu będą zapewne niemałe) i jakieś pozwolenia, rodzi się potencjał do zwykłej korupcji i manipulacji. Poszukiwania to nie wędkarstwo! Nikt nas nie musi uczyć jak mamy szukać. Należy nam tylko powiedzieć GDZIE nam wolno szukać. Potrzebna jest zmiana mentalności większej części archeo którzy totalnie negują możliwość współpracy z poszukiwaczami. Organizowanie kursów i wydawanie licencji tego stanowiska nie zmieni. Może się to stać jedynie gdy umożliwi się poszukiwaczom legalne zgłaszanie znalezionych zabytków i jasno określi zasady gdzie nam wolno penetrować a gdzie nie. Nie ma potrzeby abyśmy wymyślali przepisy, które są niesprawdzone i mogą doprowadzić do podzielenia poszukiwaczy na gorszych i lepszych. Wystarczy jeśli oprzemy się o doskonale działający system brytyjski, gdzie poszukiwacz ma możliwość zgłoszenia zabytku i współdecydowania o jego dalszych losach. Tam w każdym "województwie" istnieją archeolodzy odpowiedzialni za kontakt z poszukiwaczami, którzy mają obowiązek katalogować zgłaszane im znaleziska, które następnie trafiają do krajowej bazy danych:
http://www.finds.org.uk/To jest przykład, który należy pokazać, bo tam każdego roku zgłaszanych jest przez poszukiwaczy średnio 100 tysięcy nowych, często bezcennych zabytków. British Museum nie wyobraża sobie braku współpracy z poszukiwaczami. Wszystko to nie dzięki licencjom, składkom czy nakazom ale dzięki dobrze funkcjonującym i przemyślanym przepisom prawnym.
Czy Polska musi być gorsza? Argument którego powinniśmy używać to właśnie pytanie gdzie podziewają się zabytki corocznie znajdowane przez polskich poszukiwaczy? Tam trafiają do muzeów albo do prywatnych kolekcji (jeśli muzeum nie jest zainteresowane nabyciem danego przedmiotu) a u nas? Każdy z nas zna odpowiedź na to pytanie..
A więc nie licencje i kolejna biurokratyczna oraganizacja, ale znormalizowanie przepisów. Nie "mapki" stanowisk, tylko jasne i klarowne zasady gdzie można szukać, bo przecież każdy właściciel ziemi w Polsce powinien wiedzieć czy na jego terenie znajduje się chronione stanowisko archeologiczne. Można tak jeszcze wymieniać wiele zalet rozwiązań brytyjskich (które oczywiście należałoby zaadaptować do polskich warunków), ale najważniejsze by ewentualne zmiany oprzeć na działających i skutecznych przepisach i co najważniejsze, na założeniu, że wśród poszukiwaczy nie ma i nie będzie "równych i równiejszych".
Dla zainteresowanych polecam streszczenie rozwiązań brytyjskich, które kiedyś przygotowałem podczas podobnej dyskusji:
http://www.thesaurus.com.pl/gazeta/numer1/prawo.htmlPozdrawiam
VW