|
Penetrowanie wraków statków, na których zginęły tysiące ludzi, stało się dochodowym biznesem
Pamiątka z sali balowej
WOJCIECH CIEŚLA, BERTOLD KITTEL
Wrak spoczywającego na dnie Bałtyku niemieckiego okrętu "Wilhelm Gustloff" jest systematycznie rozkradany. - Giną bulaje, latarnie pokładowe, nawet umywalki - mówi współwłaściciel gdańskiej firmy, organizującej wyprawy na wraki. Szabrowników inspirują pogłoski, że za drobiazgi z zatopionych w 1945 roku niemieckich okrętów można dostać fortunę od niemieckich kolekcjonerów.
Okręt, na którym utonęło ponad sześć tysięcy pasażerów, stał się legendą. Ostatnio pamięć o tej tragedii odżyła dzięki powieści Gntera Grassa "Idąc rakiem". Spoczywająca na dnie morza jednostka została uznana za cmentarzysko wojenne. Penetrowania go zabrania prawo. Mimo to wyprawy na "Gustloffa" stają się popularną rozrywką. W Internecie można znaleźć filmy, zdjęcia, adresy organizatorów ekspedycji, a fora dyskusyjne pełne są relacji z takich wypraw. - Czym dla alpinistów jest Mount Everest, tym dla nurków "Gustloff" - mawia Jerzy Janczukowicz, szef gdańskiego Klubu Płetwonurków Rekin.
- Trzeba wyraźnie powiedzieć, że ludzie nurkujący nielegalnie, by przeszukiwać "Gustloffa", nie różnią się niczym od hien cmentarnych - uważa Henryk Koszka z gdyńskiego Urzędu Morskiego. - Przecież niejednokrotnie kradną dobytek uchodźców, którzy zginęli na tym okręcie.
Bulaj na pamiątkę
W porcie w Łebie pełno reklam firm organizujących wyprawy podwodne. Cumują przy nich stateczki przerobione z kutrów rybackich.
Dzwonimy pod numer telefonu komórkowego podany przez jednego z organizatorów. Zaprasza nas do eleganckiego domu na przedmieściach Łeby. Podajemy się za przedstawicieli firmy, która przygotowuje imprezy integracyjne dla dużych firm.
- Najpopularniejsza wycieczka to zwiedzanie "Gustloffa". Organizujemy nawet 14 takich wypraw w miesiącu, dlatego trzeba wcześniej ustalić termin - mówi nasz rozmówca.
Pytamy o zezwolenie. - Da się załatwić. Powiemy w słupskim oddziale Urzędu Morskiego, że będziemy nurkować obok, to wystarczy. Pod wodą i tak nikt nie sprawdzi, co robicie - zapewnia organizator.
Puszcza nam z płyty DVD film nakręcony w czasie nurkowania i penetrowania "Gustloffa". - On jest mocno zniszczony, cały środek się zapadł - opowiada.
- Można stamtąd coś zabrać na pamiątkę?
- Mało zostało, ale jak się coś znajdzie, nie powinno być problemu - zapewnia. - Jest jeszcze trochę bulajów.
Nie wolno nurkować
Na co dzień w Urzędzie Morskim w Gdyni wrakiem "Gustloffa" zajmuje się Henryk Koszka. Ma gruby segregator z pismami z ostatnich kilkunastu lat, które napływały do urzędu w sprawie wraku.
- Przepisy mówią, że nurkować we wrakach można wyłącznie po uzyskaniu pozwolenia Urzędu Morskiego. A my zgody na penetrowanie "Gustloffa" nigdy nie wydamy - tłumaczy. Zarazem przyznaje, że od lat docierają do niego sygnały o próbach nielegalnego schodzenia pod wodę. W segregatorze z napisem "Gustloff" można odnaleźć stare meldunki Straży Granicznej. Patrolujące strefę przybrzeżną jednostki doniosły w 1992 roku, że nad "Gustloffem" zacumował niemiecki okręt wojenny. Widać było opuszczone pontony. Nie ma wątpliwości, że ktoś schodził do wraku. Notatka krążyła między urzędami, zanim ktoś zareagował okręt zniknął.
- Nigdy się nie wyjaśniło, po co nurkowali - mówi Koszka.
Tłumaczy, że Urząd Morski nie mają możliwości kontrolowania, czy wraki, w tym "Gustloffa", nie są penetrowane. - Nie mamy technicznych możliwości skontrolowania wszystkich.
Hieny na wraku
- "Nurkowanie" to często zwykły szaber. A w przypadku "Gustloffa", czy spoczywających również na dnie Bałtyku, choć znacznie głębiej, "Goi" i "Steubena" (także na tych okrętach zginęło wielu niemieckich uciekinierów - przyp. red.) - to zwykłe okradanie zwłok. Wielu nurków dorabia do tego ideologię, że robią to z chęci odkrywania historii, przeżycia czegoś wyjątkowego, ale trzeba pamiętać, że wśród nich są zwyczajne hieny cmentarne - mówi jeden z rozmówców "Rz".
Na jednej ze stron internetowych znaleźliśmy relację i zdjęcia z wyprawy na "Gustloffa". "Tragedia tysięcy osób, które straciły życie podczas ostatniego rejsu i plotki o tajemniczych ładunkach wiezionych przez ČGustloffaÇ, podnoszą tylko poziom adrenaliny - pisze autor przedstawiający się jako Michał Domin. "Aż się nie chciało wychodzić. (É) Ale wrócimy niebawem. Po złoto... he, he albo Bursztynową Komnatę".
- Wśród płetwonurków krąży plotka, że za wydobytą z wraku "Goi" popielniczkę niemiecki kolekcjoner zapłacił równowartość mercedesa - opowiada proszący o niepodawanie nazwiska historyk marynista z Gdańska. - Warto zadać sobie pytanie: skąd niektórzy niepracujący nurkowie mają pieniądze na uprawianie tego sportu?
Zejście pod wodę na głębokość kilkudziesięciu metrów wymaga specjalistycznego sprzętu. Mieszanka gazów niezbędna do jednego takiego zejścia kosztuje 200 - 300 złotych. Do tego dochodzi koszt wynajęcia łodzi - kilkaset złotych za dzień.
W znanym gdyńskim antykwariacie z przedmiotami marynistycznymi stary bulaj kosztuje około 2 tysiące złotych. - Czy został on wydobyty z dna? - Nie wiem - mówi sprzedawczyni.
Gustloff spółka z o.o.
O tym, że wydobywanie z wraku części wyposażenia to świetny interes, jest zapewne przekonany Janczukowicz z Klubu Płetwonurków Rekin. W Urzędzie Morskim w Gdyni odnaleźliśmy jego korespondencję z 1992 roku. Zwrócił się wówczas o zezwolenie na wydobywanie przedmiotów z wraku na masową skalę. Powoływał się przy tym na przepisy ustawy o obszarach morskich RP i administracji morskiej, pozwalające na prowadzenie działalności gospodarczej, polegającej na wykorzystywaniu zasobów naturalnych morza. Urząd odmówił zgody.
W rozmowie z dziennikarzami Janczukowicz przyznaje, że, choć nie ma na to pozwolenia, przynajmniej raz w roku schodzi na wrak "Gustloffa". Nie odpowiada na pytanie, czy coś z niego zabiera, lubi się jednak chwalić, że przechowuje w domu kilka pamiątek z tego statku. Na przykład metalowy żyrandol z sali balowej. - Przerobiłem go na stolik pod alkohol - mówi Janczukowicz. Żyrandol jest niezwykłą pamiątką: został uwieczniony na jednej z najbardziej znanych, często publikowanych fotografii sali balowej "Gustloffa".
Kolejną "pamiątką" Janczukowicza jest celownik optyczny kompasu. - Leżał na piasku obok wraku. Dziś też bym go wziął. Jeśli nie wezmę ja, weźmie ktoś inny - mówi i dodaje, że chciałby kiedyś stworzyć muzeum. W domu przechowuje jeszcze lampy z masztu i schody, które jak twierdzi zaczepiły się o kotwicę jego łodzi. - Szkoda było je wyrzucać z powrotem do morza - mówi. Na razie schody niszczeją przed jego domem w Gdańsku Wrzeszczu.
Janczukowicz przekonuje, że przedmioty przechowuje legalnie. Jak twierdzi, większość wydobył w czasie nurkowania w 1973 r., kiedy za oficjalną zgodą Urzędu Morskiego grupa nurków badała wrak. Wtedy miał otrzymać na przechowanie te przedmioty.
- Prawo jest w tej sprawie jasne - mówi Henryk Koszka z Urzędu Morskiego. - Każdy wydobyty z wraku przedmiot należy do skarbu państwa, reprezentowanego w tym przypadku przez Urząd Morski. Pan Janczukowicz nie ma żadnej zgody na przechowywanie jakichkolwiek przedmiotów z wraku.
Wszędzie widać kości
- "Gustloff" nie był statkiem, lecz uzbrojonym okrętem wojennym. A Niemcy zawyżają liczbę ofiar, by ludzie im współczuli, zapomnieli, kto zaczął wojnę - mówi Janczukowicz.
Nurkowie niechętnie rozmawiają o moralnej stronie penetrowania "Gustloffa", "Goi" i "Steubena", trzech niemieckich okrętów transportowych, z którymi w 1945 roku na dno poszły tysiące ludzi. Chociaż kilku z nich ze zgrozą powtarza opowieści o "Steubenie". Ten okręt zatonął w ciągu kilku minut. Chociaż zabrał na dno mniej ofiar, wszystkie pozostały wewnątrz okrętu lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie. - Tam są całe pola kości, wszędzie widać ludzkie szczątki - opowiada jeden z nurków.
"Gustloff" tonął ponad godzinę. Większość pasażerów zdołała wyskoczyć do wody. Dopiero tam, po jakimś czasie zmarła z zimna albo się utopiła. - Czasem się trafi jakaś miedniczka albo czaszka - opowiada Janczukowicz i tłumaczy, że Niemcy są winni wojny, więc nie mają moralnego prawa zabraniać nurkowania. Jego stosunek do ofiar wojny daleki jest od szacunku. W swojej książce Olga Dębicka "Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku" opisuje jego trofea: "Drobiazgi z Focke-Wulfa (niemieckiego samolotu myśliwskiego - przyp. red.): kości głowy pilota, kabura pistoletu, dwa magazynki z dziewięciomilimetrową amunicją, cięgło do wyzwolenia spadochronu, łyżka, widelec bez dwóch zębów i klucz do konserw spoczywają w komodzie za szybą, niby zwyczajne bibeloty". -
Śmierć w lodowatym morzu
Zatonięcie "Wilhelma Gustloffa" to najtragiczniejsza z morskich katastrof. Statek wypłynął z Gdyni z kilkoma tysiącami pasażerów na pokładzie m.in. marynarzami Kriegsmarine i uchodźcami z Prus Wschodnich. Nie jest znana ich dokładna liczba, szacunki mówią o 5 - 8 tysiącach. 30 stycznia 1945 roku trafiły w niego trzy torpedy wystrzelone z sowieckiego okrętu podwodnego. W 1994 roku władze Niemiec poprosiły, by uznać spoczywający w polskiej morskiej strefie ekonomicznej wrak za grobowiec wojenny. Polska zgodziła się nie wydawać zezwoleń na nurkowanie w pobliżu "Gustloffa", by nie naruszać spokoju ofiar. Na początku 1945 roku na dno poszły jeszcze dwa inne okręty przewożące niemieckich uciekinierów "Steuben" i "Goya".
Nurkowanie z dynamitem
Leżący na dnie Bałtyku wrak "Gustloffa" od dawna przyciąga nurków. Tuż po wojnie przez kilka lat nurkowali do niego Rosjanie. Badali zawartość ładowni okrętu. Podkładali ładunki wybuchowe i wysadzali ściany i grodzie.
Pierwsza oficjalna wyprawa odbyła się w 1973 roku. Organizował ją Gdański Klub Płetwonurków Rekin, którego prezesem jest od lat Jerzy Janczukowicz. Afiliowany przez Zrzeszenie Studentów Polskich klub rozpętał kampanią propagandową pod hasłem "Na tropie Bursztynowej Komnaty". Było lato, gazety szukały sensacji. W sprawę włączyły się ogólnopolskie gazety. Na pierwszych stronach przez wiele dni ukazywały się relacje z penetrowania wraku. Przedstawiano kolejne wydobyte przedmioty. Tylko w jednej relacji z tamtego okresu odnaleźliśmy informację, że katastrofa okrętu pochłonęła tysiące ofiar.
Oficjalnie nurkowie mieli dokładnie wymierzyć pozycję okrętu. W rzeczywistości penetrowali go w poszukiwaniu kosztowności. Wydobyli wiele przedmiotów, ale dziś znane jest miejsce przechowywania tylko niektórych. Jednym z nich jest dzwon "Gustloffa", który znajduje się w Wyższej Szkole Morskiej.
www.rzeczpospolita.pl
|